Kiedy zaczęłam pisać, nie bardzo miałam się od kogo uczyć, więc wybrałam sobie na przewodnika mojego dziadka Wacława. Był chłopskim samoukiem, który wyrabiał kosze wiklinowe. Pisanie jest jak plecenie, nie widzę większej różnicy, więc przez samo podpatrywanie roboty dziadka mogłam to i owo zrozumieć. Nie rozmawialiśmy przy tym, podobnie jak przy innych okazjach. Niewiele słów zamieniłam z nim za jego życia. Zresztą nie lubię, kiedy ktoś dużo gada. Ludzka paplanina szybko i do cna mnie męczy. Ucz mnie, mówiłam do nieżyjącego od dwudziestu lat dziadka. Za życia czy po śmierci, z punktu widzenia procesu nauki nie widzę większej różnicy.

Justyna Wicenty – „wieloródka po czterdziestce, po mnogich kryzysach i kilku covidach. Bez zatrudnienia. Bez zawodu. I w sumie bez żalu” (tak pisze o sobie) – wraca z nową książką (wydaną przez Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna w Gdańsku) po sześciu latach od premiery jej udanego debiutu „Kołysanka z huraganem” (Wydawnictwo Dowody). Wciąż nie chce być drzewem przygniecionym przez wichurę do ziemi, które nie podniesie się, nie będzie wyglądać normalnie i zdrowo. Tym razem wspierać ma ją w tym jej własny ogród. Wciąż bluzga w irytacji (ona, nie ogród), mierzy się z prozą codzienności, patrzy na siebie z wątpliwościami i dystansem. Stara się stawiać kolejne kroki w myśl własnych słów: „Nie cierpię bezruchu. Bezruch mnie boli. (…) Mogę obyć się słów, ale nie bez ruchu. (…) Nie ma bezruchu w naturze”.

Prezent-reedycja słynnego długopisu Zenith 7, obserwowanie ptaków, wspólne oglądanie z mężem filmu „Fantastyczny pan Lis”, przygotowanie naparu z imbiru i cytryny… Wpoprzedniej książce, w obliczu braku wywołanego tragedią życiową, pozornie drobne przyjemności są dla Autorki tym bardziej ważne. Nie poddaje się też w „Badylarze”. Stwarza ogród i stara się nim opiekować, co od początku nie jest łatwe.

Swoje role w tej drugiej książce odgrywają miskant chiński, dżdżownice, szpinak nowozelandzki, borsuk; również Wincentowe córki i mąż, Demeter i Pieter Bruegel (zakładam, że Starszy). Kluczowa jednak wydaje się symbioza Autorki z jej ogrodem. Jest bardzo namacalna, przywodzi na myśl relację z żywym człowiekiem. Ona ze swoim skrawkiem ziemi szepcze „nieskończenie wiele wyznań, które nie są przeznaczone dla ludzkiego ucha”. Do swoich płuc wciąga głęboko „brunatną glebę”. Pochyla się nad rakowymi ranami na jabłonce i porażonymi gałązkami czarnej porzeczki… Ogród umie się jej odwdzięczyć. Potrafi też natrząsać się z niej śmiechem nieludzkim „jak poskrzypywanie starej wiśni, której z uciechy cieknie po pniu żywica”.

Życie Justyny Wincenty to nie tylko ogród. To też codzienna proza życia, w której jej dziecko potrafi doprowadzić ją do szewskiej pasji; innym razem zachwycać swoją rodzicielkę mądrym poczuciem humoru i zapachem swojej skóry („Często chwytam córkę w biegu i wwąchuję się w jej szyję, u nasady żuchwy, gdzie latem ciemna skóra dziecka pachnie najintensywniej. Zuza ma zapach ziemi po deszczu, wygłaskanej ciepłym wiatrem”). Ze swoim mężem, który „zbierał” ją „z podłogi tyle razy” potrafi ostro się kłócić, tańczyć, uprawiać udany seks.

W tej książce są sytuacje zabawne, jak ta z udziałem teściów Autorki. Również głęboko ujmujące, kiedy czasowo oddala się ona od rodziny, jest sama w pustym domu – robi wtedy użytek z lustra, gęgania dzikich gęsi i tego, co wspólnie zrodziły starania jej i ogrodu. I wciąż umie pisać o tym z użyciem słów intensywnych (chrupie, wyżyna, wydłubuje, rwie) i niepłytkich zdań; w „Kołysance z huraganem” jest na przykład takie: „Jestem zbyt zmęczona, żeby okazać ci, jak bardzo się stęskniłam”; zaś w najnowszej publikacji „Rzeka przelewa się przez wały obronne mojego umysłu, tworząc rozległe rozlewiska”, i „Ze śmietnika wrażeń i okruchów dnia senne majaczenie podsuwa czterolatce jakąś przedszkolną walkę o zabawkę”.

Szczęśliwie urobiona przyznaje, że ogród „jak się zaczął, tak obiecuje nigdy się nie skończyć”. A ona, mimo przeciwności, czuje się na nowo zasadzona. Warto chyba trzymać kciuki, by oboje dalej chcieli się od siebie uczyć i rodzić coś wspólnego.

Staję nago przed lustrem w łazience. Przecieram myjką okienną zaparowane lustro, bo chcę dalej na siebie patrzeć. Na żywe rumieńce i sterczące piersi. Patrzeć sobie prosto w błyszczące oczy. Po tym spotkaniu spojrzeń w zwierciadle ląduję ze sobą w łóżku i kończę w żywiołowym radosnym orgazmem. (…) Aż wreszcie z wyczerpania rzucam się na podłogę i szlocham. Wyję długo i głośno.

Rafał Kowalski © 2026

Justyna Wincenty, Badylara, Wydawnictwo Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna im. Josepha Conrada-Korzeniowskiego w Gdańsku, Gdańsk 2026, ss. 204