Benjamin Britten: Cello Suites

Pieter Wispelwey (cello)
Evil Penguin 2026, EPRC 0086, TT: 75’25”

Niewielu artystom dana jest możliwość powracania do tego samego arcydzieła przez ponad cztery dekady. Jeszcze mniej potrafi udowodnić, że każda kolejna konfrontacja z utworem odsłania nowe warstwy znaczeń. Najnowsze nagranie Trzech suit wiolonczelowych Benjamina Brittena w wykonaniu Pietera Wispelweya stanowi właśnie taki przypadek: nie jest to zwykła rejestracja repertuaru, lecz owoc niemal półwiecza obcowania z jednym z najważniejszych cykli napisanych po Bachu na wiolonczelę solo. 

Przypomnijmy historię. Pierwsze nagranie ukazało się w 1992 roku dla Globe i już wtedy zwracało uwagę dojrzałością muzycznego myślenia, precyzją techniczną oraz głębokim zrozumieniem brytyjskiego mistrza. Dekadę później Wispelwey powrócił do tych dzieł dla Channel Classics, oferując bardziej wyrafinowaną stronę brzmieniową, choć niektórzy recenzenci dostrzegali wówczas mniejszy żar i bezpośredniość niż w pierwszej wersji. Dziś, po kolejnych dwudziestu latach doświadczeń, holenderski wiolonczelista nie próbuje już nikomu niczego udowadniać. Gra muzykę Brittena tak, jakby była jego naturalnym językiem. 

A jest to repertuar wyjątkowy. Suity powstały dla Mścisława Rostropowicza i należą do najwspanialszych muzycznych testamentów XX wieku. Britten zawarł w nich cały świat swoich fascynacji: angielską tradycję muzyczną, echa Byrda, Dowlanda i Purcella, odniesienia do form barokowych, a zarazem niezwykle osobisty, nowoczesny język harmoniczny. To muzyka, która nie tylko „śpiewa i tańczy” niczym suity Bacha, ale również maszeruje, walczy, lamentuje, szepcze i krzyczy. Momentami bliżej jej do teatru operowego niż do tradycyjnie pojmowanej suity instrumentalnej. 

Największym osiągnięciem Wispelweya na omawianym albumie jest ukazanie niezwykłej indywidualności każdej z trzech suit. Ja nie słyszę tutaj jednego cyklu, lecz trzy odrębne muzyczne światy. 

I Suita jawi się jako galeria opowieści i postaci. Rozpoczynające Canto brzmi niczym odległy chorał, wyłaniający się z mroku średniowiecznych krużganków. Wispelwey prowadzi wielogłosową fakturę z zadziwiającą przejrzystością, pozwalając słuchaczowi śledzić każdy głos z osobna. W Fudze podkreśla przewrotny humor i retoryczną błyskotliwość muzyki, w Lamencie odsłania jej głęboko ludzką kruchość, zaś w pizzicatowej Serenacie wydobywa niemal nierealne bogactwo kolorystyczne. Niezwykłe wrażenie robi Marcia, gdzie rytmiczne ostinata nabierają dramatycznej siły, oraz finałowe Moto perpetuo, zagrane z tańczącą lekkością i wirtuozowską swobodą. Całość prowadzi do triumfalnego powrotu materiału otwierającego, który porządkuje wcześniejszy chaos i nadaje dziełu niemal narracyjny wymiar. 

II Suita jest z kolei przykładem konstrukcyjnego mistrzostwa Brittena. Już otwierające Declamato otrzymuje w interpretacji Wispelweya charakter wielkiej muzycznej opowieści. Artysta znakomicie wyczuwa granicę między retorycznym gestem a przesadną ekspresją. Szczególnie fascynująca okazuje się monumentalna Fuga. Wiolonczelista osiąga iluzję wielogłosowości do tego stopnia, że zapomina się o tym, iż słucha się pojedynczego instrumentu. Następujące po niej Scherzo eksploduje energią, podczas gdy tajemnicze Andante lento wprowadza atmosferę niepokojącej obcości. Kulminacją pozostaje wielka Ciaccona – jedno z najwybitniejszych osiągnięć literatury wiolonczelowej XX wieku. Wispelwey buduje ją z imponującą architektoniczną logiką, lecz jednocześnie nie zatraca jej emocjonalnej wielkości. Tutaj szczególnie odczuwa się, że Britten był nie tylko genialnym konstruktorom formy, ale przede wszystkim kompozytorem obdarzonym niezwykłą wyobraźnią dramaturgiczną. 

Najgłębiej porusza jednak III Suita, być może najbardziej osobiste i najbardziej tragiczne dzieło całego cyklu. Britten stworzył tutaj muzyczną drogę prowadzącą od odległego śpiewu ku katastrofie, kontemplacji i ostatecznemu wyciszeniu. Wispelwey odczytuje tę suitę niemal jak egzystencjalną przypowieść. Poszczególne ogniwa rozwijają się z niezwykłą logiką wewnętrzną, a napięcie narasta niemal niezauważalnie aż do monumentalnej Passacaglii. Rzadko można usłyszeć wykonanie, które w tak sugestywny sposób oddaje poczucie samotności, nieuchronności oraz duchowego ciężaru tej muzyki. Finałowy epilog nie przynosi ukojenia. Pozostawia słuchacza w stanie głębokiego skupienia, jak po przeżyciu ważnego doświadczenia. To muzyczny katharsis w najczystszej postaci. 

Tym, co wyróżnia najnowsze nagranie spośród wcześniejszych wersji Wispelweya, nie jest rewolucja interpretacyjna. To raczej dalsze oczyszczanie i udoskonalanie wizji obecnej w jego myśleniu od dziesięcioleci. Nowa interpretacja nie zmienia zasadniczo perspektywy, ale pogłębia detal, uwydatnia znaczenia i doskonali proporcje. Każdy akcent, każda zmiana artykulacji, każde zawahanie tempa wydają się rezultatem wieloletniej refleksji. 

Najbardziej imponuje jednak fakt, że mimo ogromu intelektualnej pracy wykonanie zachowuje świeżość i spontaniczność. Wispelwey nie analizuje muzyki pod mikroskopem. Pozwala jej oddychać. Poszczególne frazy sprawiają wrażenie improwizowanych, jak gdyby powstawały właśnie w tej chwili. Taka równowaga między architektonicznym myśleniem a naturalnością przekazu jest cechą największych interpretatorów. 

To nagranie jest czymś więcej niż kolejnym wpisem do bogatej dyskografii Brittena. Jest świadectwem artystycznej drogi, dokumentem dojrzewania muzyka i zarazem jednym z najbardziej przekonujących argumentów za miejscem suit Brittena w panteonie największych dzieł wiolonczelowych XX wieku. Po Bachu niewiele cykli osiągnęło podobną rangę. Po ponad czterdziestu pięciu latach obcowania z tym repertuarem Pieter Wispelwey zdaje się znać każdy jego zakamarek. A mimo to wciąż odkrywa w nim coś nowego. Dzięki temu również słuchacz może odbyć tę fascynującą podróż jeszcze raz. I wyjść z niej bogatszy. 

Uwaga! Jedna z najważniejszych płyt roku! 

Robert Majewski © 2026 

Albumu można wysłuchać w serwisie Apple Music.