Af Klint spędza wiele godzin w salach dawnego mistrza. Szkicuje obraz Rembrandta przedstawiający starą kobietę, która czyta Bilbię. Podczas lektury dłonie modelki muskają strony księgi ostrożnie, jakby głaskała papier. >>Jego pierwszy obraz matki<<, zapisuje af Klint w notesie. Ten motyw budzi jej fascynację. Przerysowuje jeszcze inną kobietę czytającą Biblię, tym razem autorstwa Gerarda Dou, ucznia Rembrandta. Być może te obrazy przypominają jej o matce, a być może w religijnym zatopieniu się kobiet rozpoznaje samą siebie. Czytające wsłuchują się w siebie tak, jak robi to Hilma af Klint, kiedy ma wizje albo słyszy głosy.

Julia Voss rzuca więcej światła na prekursorkę abstrakcjonizmu, która została bardziej doceniona po swej śmierci. Przy czym lektura tej książki (wydanej przez Wydawnictwo Smak Słowa w tłumaczeniu Agata Teperek) może przynieść refleksję, że tej malarce mocniej niż na sławie i pieniądzach zależało na czymś innym: poszukującej publiczności chcącej widzieć więcej i głębiej („Człowiek, który uczy się odwracać wzrok od tego, co zagadkowe, zatraca umiejętność dostrzegania wszystkiego, co nadzwyczajne”); kroczeniu nie szeroką i przestronną drogą historii sztuki, lecz przedzieraniu się przez „zarośla, przez które nikt wcześniej nie wytyczył drogi”; poruszaniu się między światami fizycznym i duchowym.

W życiu Hilmy af Klint, jak na jej obrazach wiele się zmienia, porusza, nabiera tempa. Przychodzi jej egzystować w okresie dwóch wojen światowych, rewolucji, burzliwie zmieniającego się podejścia mężczyzn do kobiet (i kobiet do samych siebie) nie tylko w świecie sztuki; w czasie, kiedy wynaleziony zostaje telefonu, odkryte są prątek gruźlicy i promienie rentgenowskie. Właśnie postępy w różnych dziedzinach nauki (nawet atomy zaczną się rozpadać, dadzą się rozszczepić), ukazywania widzialnym tego, co do tej pory niewidzialne jeszcze bardziej pobudza wiarę tej szwedzkiej artystki w większe poznawanie świata duchowego.

Właśnie stamtąd przede wszystkim czerpie inspirację do tworzenia swoich obrazów niefiguratywnych, nad którymi pracuje jeszcze przed m.in. Wassilim Kandinskim. Dla jednych informacja, że af Klint odbiera głosy, może kojarzyć się ze schizofrenią; dla innych, jak na przykład dla bratanka artystki (to jego uczyni jedynym spadkobiercą swojego dorobku artystycznego) miała ona wręcz zdolność przewidywania przyszłości.

W jej życiu nie brakuje rozczarowań; tymi ludźmi, którzy nie chcą bardziej zagłębić się w jej twórczość, co nie przeszkadza im krytykować jej dokonań; mężczyznami pogardzającymi kobietami; zachowaniami nawet najbliższych przyjaciółek. A jednak choć twierdzi, że jest „taka mała” i „nic nieznacząca”, czuje, że przepływa przez nią „taka siła”, że musi „dążyć naprzód”. Korzysta z tego, czym nasiąka i inspiruje się już w dzieciństwie. Faktem, że dorasta w liberalnym domu, gdzie dziewczynki zachęca się do nauki, zdobywania wykształcenia.

Do tego dochodzi wątek tworzenia map w jej rodzinie wilków morskich i kartografów („>>Dzięki mapom możemy jednak spróbować sprawić, żeby stały się widoczne<<” – mógł wówczas odpowiedzieć Victor af Klint. Niewidzialne uczynić widzialnym. Stanie się to motywem przewodnim w dziełach Hilmy af Klint i jest zarazem wyśmienitą właściwością map morskich”). Kiedy dorastająca Hilma patrzy przez lornetki i teleskopy, słucha opowieści o połączeniu nieba i ziemi, gwiazdach pomagających w nawigacji i księżycu „powodującym pływy morskie”, jej wyobraźnia i wiedza pracują na wysokich obrotach. Znajduje to odbicie w jej bezkompromisowych dziełach – czy mowa o twórczości niefiguratywnej, czy na przykład wizji Andromedy spoglądającej ku morzu, która „wydaje się opanowana, odważna, gotowa na wszystko, jak kapitan, który nie wierzy w morskie potwory i próbuje rozeznać się w sytuacji”.

W publikacji autorstwa Julii Voss pojawiają się wspomniany Kandinsky i Thomasine Anderson, wraz z którą w życiu Hilmy „nastaje harmonia, o której artystka od dawna marzyła”. Także Edward Munch, na którego konkretnych dziełach można dostrzec również los Herminy, nieżyjącej siostry artystki, towarzyszącej jej przez całe życie. W tej książce są też niewidoma matka Hilmy Mathilda, przedsiębiorca i filantrop w świcie sztuki Solomon Guggenheim, malarka i fotografka Bertha Valerius, król Gustaw III, walcząca o równouprawnienie kobiet Mary Wollstonecraft, Święty Jerzy, ale też łabędzie, kwiaty, ślimaki oraz gwiazdy na niebie i na płótnie. Jedną z gwiazd, tyle że ziemską, wydaje się Hilma af Klint – choć ona raczej machnęłaby ręką na to stwierdzenie i zajęła dalszym poszerzaniem swojego kosmosu.

Kiedy Hilma af Klint kształtuje z tego własne drzewo poznania, dodaje kolejne warstwy i zwiększa gęstość. W jej drzewie to, co martwe, spotyka się z tym, co żywe, struktury przypominające wyblakłe kości z tymi, które przywodzą na myśl ławice ryb. Z jej obrazu wypływa ogromna cisza, a człowiekowi wydaje się jednocześnie, że słyszy szum i warkot w setkach małych form. Artystka obraca patrzących w cząstki, pompuje je przez żyły, po czym każe im patrzeć w dal, na namiot niebios, który sklepia się nad nimi, Świat ukazuje się przez mikroskop, a zarazem przez teleskop, jakby przeciwieństwa przestały istnieć.

Rafał Kowalski © 2026

Julia Voss, Hilma af Klint. Wprowadzić ludzkość w zdumienie, tłumaczenie Agata Teperek, Wydawnictwo Smak Słowa, Sopot 2026, ss. 496