Ten dwutygodniowy, coroczny urlop w Szczebrzeszynie jest trochę dziwny i raczej nie ma nic wspólnego z wyświechtanym powiedzeniem o „ładowaniem baterii”. Nie ma w nim specjalnie dużo odpoczywania, jeśli przez odpoczynek rozumieć leżenie gdzieś z książką i telefonem wyłączonym na dwa tygodnie. Są za to zakupy, lekarze, apteka, drobne naprawy, sprawy do załatwienia i rzeczy, których nie da się już odkładać na później. Rodzice są coraz starsi, coraz częściej potrzebują pomocy, a czasami po prostu zwykłej, codziennej, takiej nie od święta, obecności. W ciągu roku przyjeżdżam tu średnio co dwa, trzy tygodnie, ale to tylko krótkie, weekendowe wizyty. Chyba właśnie dlatego te dwa tygodnie stały się dla mnie ważniejsze niż jakikolwiek egzotyczny wyjazd, na który jeszcze napewno kiedyś znajdę czas (powtarzam to sobie co roku o tej porze) – jadę przecież do domu.
Nie mieszkam tam od ponad dwudziestu lat, ale kiedy tylko przekraczam granicę miasta, coś we mnie wyraźnie zwalnia. Nie wiem, czy to kwestia miejsc, które znam od zawsze, czy tego, że tutaj czas płynie trochę inaczej. Tu nie trzeba się specjalnie spieszyć.
Można wyjść po chleb i wrócić po godzinie. Nie dlatego, że piekarnia jest daleko. Wręcz przeciwnie. Po drodze spotyka się kogoś znajomego. Potem jeszcze kogoś. Z jedną osobą rozmawia się o zdrowiu rodziców, z drugą o dzieciach lub wnukach, z trzecią o tym, kto ostatnio wyjechał, kto wrócił, a kto umarł. Ktoś zapyta, czy nadal mieszkam tam, gdzie mieszkałem. Ktoś przypomni człowieka, którego nie widziałem od trzydziestu lat. I nagle zwykłe wyjście po bułki zaczyna przypominać małe spotkanie rodzinne.
To jedna z rzeczy, które najbardziej lubię w takich miejscach. Tutaj człowiek nie jest anonimowy. Czasem jest to oczywiście irytujące. Każdy wie, kto z kim, czyj syn gdzie pracuje, czyja córka wyszła za mąż i kto ostatnio sprzedał dom. Ale po latach mieszkania w miejscu, do którego każdy skądś przyjechał, zaczynam doceniać tę zwyczajną, czasem nawet trochę nachalną bliskość. Bo dobrze jest czasem poczuć, że ktoś cię jeszcze pamięta.
Wystarczy przejść kilkaset metrów i nagle wracają całe fragmenty życia. Tu chodziłem do szkoły. Tutaj piłem pierwszy alkohol i paliłem pierwsze papierosy, a tam pierwszy raz całowałem się z dziewczyną. Tam mieszkali koledzy, z którymi spędzałem każdą wolną chwilę. Na tej ulicy jeździło się rowerem albo godzinami przesiadywało na ławce. W tym miejscu stał kiedyś sklep, którego już nie ma. A za tamtym rogiem wydarzyło się coś, o czym przez lata nie pamiętałem, dopóki nie znalazłem się znowu w tym samym miejscu.
Pamięć jest dziwnym mechanizmem. Potrafi przechować przez kilkadziesiąt lat zupełnie nieistotny szczegół, a zapomnieć rzeczy, które wydawały się wtedy najważniejsze. Czasami wystarczy zapach, widok starego domu albo znajoma ulica, żeby nagle przypomnieć sobie siebie sprzed kilkudziesięciu lat. Tyle, że ten chłopak już tutaj nie mieszka.
I chyba właśnie to jest najbardziej niezwykłe w powrotach do rodzinnych stron. Człowiek przyjeżdża w te same miejsca, ale sam jest już zupełnie kimś innym. Ulice zostały, choć niektóre domy zniknęły. Drzewa są większe. Ludzie starsi. Niektórzy odeszli, inni wyjechali. Pojawili się nowi, których już nie rozpoznaję A jednak czasami przez kilka chwil można mieć złudzenie, że nic się nie zmieniło. Szczególnie latem.
Z rodzicami jest jednak inaczej. Może właśnie dlatego, że nie mieszkam z nimi na co dzień. Dwa tygodnie, to wystarczająco długo, żeby zobaczyć, jak bardzo się zmienili, ale jednocześnie zbyt krótko, żeby przyzwyczaić się do tej zmiany.
Na co dzień żyję swoim rytmem. Mam swoje sprawy, pracę, obowiązki, ludzi, z którymi spotykam się regularnie. Rodzice są gdzieś obok tego wszystkiego — obecni, ważni, ale jednak oddzieleni od mojego codziennego życia. A potem przyjeżdżam i nagle okazuje się, że ich świat jest już zupełnie inny, wolniejszy, mniejszy. Bardziej podporządkowany zdrowiu, codziennym rytuałom, pogodzie, zakupom, wizytom u lekarza, harmonogramowi wywozu śmieci i temu, czy coś udało się zrobić samemu, czy trzeba było poprosić kogoś o pomoc. I czasami trudno się nam w tym świecie spotkać.
Są rzeczy, które mnie irytują. Ich przyzwyczajenia, sposób patrzenia na pewne sprawy, powtarzane po raz kolejny te same uwagi. Chwilami wydaje mi się, że mają mnie za niezbyt rozgarniętego czternastolatka, któremu bez przerwy tłumaczyć oczywiste sprawy. Czasami mam też wrażenie, że mają pretensje do mnie, że przyjeżdżam za rzadko, a ja mam do nich żal, że nie mówią wcześniej, czego potrzebują. Czasami próbuję coś zorganizować żeby ułatwić im życie, a oni wcale nie chcą tej pomocy lub sprytnie udają, że jej nie potrzebują. Bo przecież „jeszcze sobie radzą”. I pewnie mają rację.
Trudno jest dorosłemu człowiekowi nagle zgodzić się na to, że jego rodzice zaczynają potrzebować jego opieki. Jeszcze trudniej rodzicom przyjąć, że role powoli się odwracają. Bywa więc między nami zwyczajnie trudno. Bliskość nie zawsze oznacza zgodę, cierpliwość i piękne, mądre rozmowy. Czasami oznacza również zmęczenie, niepotrzebną uwagę, podniesiony głos albo milczenie. Ale może właśnie na tym polega dorosła bliskość — że nie trzeba udawać, iż wszystko jest idealne. Jest za to świadomość, że czas, który mamy, nie jest już nieskończony. Kiedyś można było się obrazić i wyjść z domu. Można było pomyśleć: „porozmawiamy innym razem”. Dzisiaj coraz częściej pojawia się myśl, że tego „innego razu” może być mniej, niż nam się wydaje.
Lubię tutaj wracać, choć ponad dwadzieścia lat temu chciałem stąd uciec jak najdalej. Lubię tu wracać nie po to, żeby udawać, że czas się zatrzymał. Nie zatrzymał się przecież. Widać to najlepiej po rodzicach, po znajomych, po własnym odbiciu w lustrze. Wracam raczej po kawałek dawnego świata. Po rozmowy, których nie trzeba specjalnie zaczynać. Po znajome twarze. Po ulice, które znam bez mapy. Po to specyficzne poczucie, że nawet jeśli nie mieszkam tutaj od ponad dwóch dekad, to jednak wciąż jestem stąd. I chyba dopiero po latach zrozumiałem, że „być stąd” to coś zupełnie innego niż „mieszkać tutaj”.
Można wyjechać. Można zbudować sobie życie gdzie indziej. Można przyzwyczaić się do innego miejsca, jego tempa, możliwości i przyjemnej anonimowości. Ale są miejsca, które zostają w człowieku na zawsze.
Szczebrzeszyn jest dla mnie właśnie takim miejscem. Nie idealnym. Nie zawsze pięknym. Czasami trochę sennym, czasami irytująco małym. Z problemami, których nie rozwiąże żadna nostalgia. Ale to jest mój dom. Chyba dlatego te dwa tygodnie w roku są mi tak potrzebne. Żeby pomóc rodzicom. Żeby spotkać ludzi, którzy pamiętają mnie jeszcze zanim zacząłem udawać dorosłego. Żeby pójść na festiwal i posłuchać mądrych ludzi. Żeby przejść się po mieście bez żadnego celu. Żeby kupić coś w sklepie i wrócić do domu pół godziny później, bo po drodze spotkało się trzech znajomych. Żeby czasami niczego nie planować. I żeby przypomnieć sobie, że życie może mieć również takie tempo — powolne, mało efektowane, trochę staroświeckie, a nawet zwyczajnie nudne.
Kiedy po tych dwóch tygodniach znowu pakuję walizkę, zawsze mam dokładnie to samo uczucie. Z jednej strony cieszę się, że wracam do swojego codziennego życia. Z drugiej wiem, że zostawiam coś, czego nie da się już odzyskać, bo z każdym rokiem Szczebrzeszyn jest trochę inny. Moi rodzice są trochę starsi. Moi znajomi trochę bardziej siwi. Ja również się zmieniam i coraz częściej mam świadomość, że niektóre rzeczy dzieją się po raz ostatni, tylko jeszcze o tym nie wiemy. Może więc właśnie dlatego warto wracać. Nie po to, żeby zatrzymać czas. Tylko żeby przez chwilę pobyć tam, gdzie czas zostawił po nas najwięcej śladów. W moim przypadku jest to niewielkie miasto na Roztoczu, w którym podobno chrząszcz brzmi w trzcinie. Podobno, bo nigdy go tak naprawdę tu nie słyszałem. Dla mnie brzmi tam przede wszystkim przeszłość i chyba całkiem dobrze mi z tym.
Jacek Bulak © 2026
