Muter koncentrowała się przede wszystkim na twarzach i oczach modelów. Nawet najbardziej zniszczonym przez los postaciom potrafiła nadać intensywną obecność. Nie upiększała ubóstwa ani cierpienia, ale też nie wykorzystywała ich dla taniego efektu. Patrzyła na bohaterów poważnie – jak na człowieka, a nie jak na malownicze „typy” społeczne. Dlatego starcy, chorzy czy nędzarze na jej płótnach nie sprawiają wrażenia poniżonych ani ośmieszonych; zachowują godność oraz indywidualność. Starość, choroba, szpetota i ból należą przecież do ludzkiego doświadczenia równie mocno jak młodość czy piękno. Skoro współistnieją w życiu, powinny mieć także swoje miejsce w sztuce – zdawała się mówić malarka. Dlatego jej wzrok tak często zatrzymywał się na ludziach dotkniętych nieszczęściem. Oni również domagali się uwagi.

Sylwia Zientek w tej książce (wydanej przez Znak Literanova) przytacza następującą scenę: dziewięćdziesięcioletnia Mela Muter w szpitalu w ojczyźnie Sand i Prousta słyszy od pielęgniarki per „mamie”, czyli „babciu”. W odpowiedzi ta polsko-żydowsko-francuska twórczyni obrazów – samotna, borykająca się z biedą i kłopotami ze zdrowiem, uwikłana w wieloletni spór o własny dom – uparcie oburza się i odpowiada z dumą, że nie jest żadną babcią, lecz wielką malarką. Ta sytuacja jest niezłym odbiciem właściwie jej całego życia.

Mierzyła się z krytycyzmem i oschłością własnej mamy (przeciwieństwem był jej ojciec ze swoją wiarą i wsparciem dla córki), która na dodatek na wieść o śmierci brata Meli – kiedy ta miała trzynaście lat – zdystansowała się tak bardzo, że swoją córkę przytuliła dopiero podczas jej ślubu. Za życia Meli odchodzili z tego świata jej syn, artystyczni przyjaciele, ukochany mężczyzna. Zderzała się z piekłem obu wojen światowych, antysemityzmem, zmianami na mapie sztuki; również brakiem pieniędzy, niezrozumieniem, odchodzeniem od niej przyjaciółki-malarki i rzekomo ubóstwiającego ją poety. Jednak to wszystko nie sprawiło, że przestała wcielać w życie tego, w co wierzyła.

Weźmy jej podejście do biedy, i w ogóle prawdy o człowieku. Kiedy dorastała w rodzinnej Warszawie, widziała, jak jej rodzice pomagają potrzebującym. To miało wpływ na jej późniejsze malarstwo, którego ważnymi bohaterkami i bohaterami byli też ludzie chorzy, starzy, wcale nie bogaci, zmagający się z różnymi problemami. Owszem, malowała portrety również postaci znanych – ale też anonimowych kobiet przyłapanych „w momencie, gdy dopiero co wstały z łóżka”, pijących „poranną kawę” lub przygotowujących się „do wyjścia z domu. Bywały nieuczesane, nieumalowane, częściowo nagie lub ubrane jedynie w bieliznę i rzeczy, których zazwyczaj nie pokazywano światu”. Jeden z namalowanych przez nią aktów przedstawia nagie, ciężarne ciało. Według Sylwii Zientek to jeden z dowodów na Melowską „siłę charakteru oraz gotowość do podejmowania tematów, których większość współczesnych artystów – a zwłaszcza artystek – wolała wówczas unikać”.

To w tej książce wątek równie ważny, jak niektóre „chwytliwe” momenty – na przykład relacja Artystki z Olgą Boznańską, pojedynek o Melę stoczony przez Maurycego Gottlieba i Mojżesza Kislinga, podróże choćby do Girony, które to miasto pokochała z wzajemnością, dramatyczna scena życiowej próby i dojrzałości z udziałem Leopolda Staffa, pięknie wrażliwa relacja z Rainerem Marią Rilkem, konflikt o coś istotnego z Jeanem Dubuffetem… Wątek może nawet ważniejszy, bo na wspomnianych obrazach poniekąd uwieczniała też siebie i swoje wnętrze. Także jej dzieła z martwymi maturami potrafią oddawać stan psychiczny Meli Muter: na jednych jest „czerń wijących się olbrzymich węgorzy, czerwień skorupiaków, zsiniałą biel papieru”, na innych prostota niosąca nadzieję. Zaś na temat portretów jej autorstwa można przeczytać o twarzach, za którymi kryje się coś głębszego, i uchwyceniu człowieka w momencie unikatowym, kiedy był w pełni sobą.

Sylwia Zientek sięga w tej książce po postacie także powszechnie mniej znane; wśród nich po malarkę Josette Bournet, marszandkę Berthe Weill oraz prawnika, pianistkę i kolekcjonera sztuki Bolesława Nawrockiego juniora. Autorka docenia też znaczenie różnych przełomów: zawiedzione nadzieje związane z pozytywizmem w Polsce, wybuch I wojny światowej, kobieca walka o należne im miejsce nie tylko w świecie sztuki, śmierć malarza Julesa Pascina zwanego „księciem Montparnasse’u” – po której wiele osób uzmysłowiło sobie, że „dotychczasowa codzienność wielu twórców, oparta na nieustającej zabawie, używkach i swobodzie obyczajowej, była tylko prowadzącą donikąd próbą zagłuszenia traum oraz wewnętrznych demonów”.

Ta publikacja to również znaczenie szczegółów, jak niesforne włosy przytrzymywane zawiązane na głowie chustką, księgozbiór wyceniany na trzysta rubli, białe szczeliny na obrazie, lalka w różowej sukience, ciemne okulary zasłaniające oczy polskiego żołnierza. I portret kobiety-artystki stroniącej od udawania, pragnącej zamykać i otwierać okno wtedy, kiedy chciała tego ona sama.

Kilka dni później oboje otrzymali zaproszenie na podwieczorek u pani Dubost. Rilke przyjechał taksówką po Melę nieco wcześniej, aby mogli spokojnie porozmawiać. Jednak malarka nagle źle się poczuła i położyła na kanapie, a on usiadł obok w fotelu. Gdy okazało się, że Mela nie jest w stanie wyjść, Rilke postanowił zostać z nią w atelier. Zjedli bułkę maślaną, wypili herbatę i rozmawiali. W pewnym momencie zgasła lampa, gdyż Mela zapomniała uzupełnić naftę. Siedzieli więc w ciemności przy oknie, przez które widoczny był księżyc, i rozmawiali aż do świtu.

Rafał Kowalski © 2026

Sylwia Zientek, Mela Muter. Wierna sobie. Biografia, Wydawnictwo Znak, Kraków 2026, ss. 496