Młoda dziewczyna stoi z przestraszoną twarzą przepełnioną poczuciem winy i bladą – jej twarz zawsze była blada – w ręce trzyma pudełko cukru pudru, widział też, że ściska łyżkę, a jej usta otacza obwódka białego proszku. Je cukier puder. Nie pamiętał, żeby coś powiedziała – tylko ten wyraz bezmiernej winy i strachu na jej oprószonej cukrem twarzy. Artie poszedł na górę i nikomu nigdy nie powiedział o tym, co wtedy zobaczył. Ale wspomnienie Marii jedzącej ten cukier wracało do niego teraz, tak jak wracało od czasu do czasu przez poprzednie lata. Myśląc o tym, rozumiał, że biedna dziewczyna desperacko chciała zaznać po prostu trochę słodyczy w życiu.
Elizabeth Strout w tej powieści (wydanej przez Wydawnictwo Wielka Litera w przekładzie Kaję Gucio) dotyka aktualnych tematów z pierwszych stron gazet. Kiedy jednak pisze na przykład o wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, skupia się nie na politykach, lecz na tak zwanych zwykłych ludziach, jak nauczyciel i jego uczniowie w niekoniecznie dużym mieście. Na ich wyborach życiowych, na tym, co mówią i czego nie mówią.
Wybory na prezydenta nie tylko w USA odbywają się co kilka lat; wojny w Ukrainie i w Gazie zakończą się (oby) i wybuchną kolejne (oby nie)… Dlatego w tej książce ważniejsze wydają się sprawy, do których można już nie wrócić; warto z nimi zdążyć, gdy jest jeszcze na to czas. Choćby w relacji syna z ojcem. Ten pierwszy po śmierci tego drugiego zastanawia się na przykład, czy zmarły miał jakichś przyjaciół. Mówi do siebie „Jezu, tato (…) Szkoda, że tak naprawdę cię nie znałem”, wyrzuca sobie, że po ślubie oddalił się od własnych rodziców. To jeden z powodów, dla których stara się mieć częsty kontakt ze swoim dorosłym synem. Nawet jeśli w ich życiu wydarza się coś, co może wywrócić ich relację.
W najnowszej powieści laureatki m.in. Nagrody Pulitzera w dziedzinie beletrystyki, dużo światła rzucone jest również na samotność. Ta konkretna wynika nie z tego, że wokół nie ma ludzi, przeciwnie; chodzi o sytuacje, kiedy chcemy komuś o czymś powiedzieć – lecz albo trudno znaleźć osobę, której możemy zaufać, albo wypowiedziana prawda może kogoś zranić lub zostać przyjęta niezgodnie z intencją („Bo mówić coś prawdziwego znaczyło mówić rzeczy, o których ludzie nie chcieli wiedzieć. A nawet gdyby chcieli wiedzieć, nie przejęliby się tym tak, jak powinni. Albo zwyczajnie by tego nie zrozumieli”).
Pisarka nie sugeruje też łatwego rozwiązania, jeśli chodzi o dzielenie się z kimś wiedzą i doświadczeniem. Wspomniany nauczyciel – niewysoki, przybierający na wadze, wrażliwy, wywodzący się raczej z biednego domu – w relacji z uczniami stara się działać według własnych pomysłów. Różnie bywa z reakcjami ich i jego, różnie z osiąganymi rezultatami. Czy warto robić pewne rzeczy, nawet jeśli cena za to może być wysoka? Odpowiedzią może być, choć nie musi, pewne wydrukowane zdjęcie, albo epizod z udziałem konkretnego angielskiego poety i dramaturga.
Choć ta powieść ma swoje główne bohaterki i bohaterów, Strout nie zaniedbuje też drugiego planu. W nim pojawia się sprzedawca jeżdżący do domów otyłych klientów, którzy wstydzą się przyjść do sklepu („Przyjeżdżał do nich, brał miarę, następnie zamawiał ubrania specjalnie dla nich. Zlecał im dostawę pod ich adresy, a potem przyjeżdżał, żeby sprawdzić, czy dobrze leżą”). Jest również kobieta na szpitalnym korytarzu. Właśnie pewne sytuacje również z udziałem jej, tego sprzedawcy, czy starszej pary zdają się sugerować, jak istotne i pamiętne mogą się okazać proste gesty. Szczególnie, jeśli ma się poczucie, że osoby z twojego otoczenia zaczynają chorować niekoniecznie na grypę, lecz na coś, co ma wiele wspólnego z populizmem i rozleniwieniem.
I jeszcze mieć kogoś, z kim podzielimy się kanapką, w razie potrzeby poprawimy mu szelki, oprzemy głowę na jego ramieniu. Będziemy czuli, że temu komuś możemy powiedzieć to, co chcemy.
Widział tam pacjentkę, starą kobietę (wydawała mu się stara, choć gdy dziś o tym myśli, pewnie była wtedy w tym samym wieku co on teraz), która strasznie płakała. Chodziła ta i z powrotem szpitalnym korytarzem obok jego sali, okryta szlafrokiem, płacząc i paląc papierosy. Jej historia była następująca: miała raka, usunięto jej połowę języka, mieszkała sama i się bała. To ojciec Artiego się tego dowiedział. I Artie pamiętał, jak życzliwie rozmawiał z tą kobietą, pytał, czy ma jakiś plan na powrót do domu (nie miała ani planu, ani pieniędzy), a ona była tak wdzięczna jego ojcu, gdy stojąc tam w szpitalnej koszuli, płakała i paliła.
Rafał Kowalski © 2026
Elizabeth Strout, To o czym nie mówimy, przełożyła Kaja Gucio, Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2026, ss. 256
