Kilkadziesiąt lat temu mój brat wybrał Kanadę, jako miejsce w którym chce żyć i mieszkać. W te wakacje jego młodsza córka – Olga zdecydowała się, żeby swoim dwóm nastoletnim córkom pokazać rodzinny kraj, który jest dla niej trochę wspomnieniem, trochę rodzinną opowieścią, a trochę miejscem, które chce sobie na nowo przypomnieć – wyjechała stąd jako niespełna dwuletnie dziecko.
Przyjechały i ruszyły w drogę: Warszawa, Gdańsk, Malbork, Toruń, Wrocław, Oświęcim, Zakopane, Kraków, Poznań i wszędzie towarzyszy im zachwyt i niedowierzanie. Są zauroczone zabytkami, kamienicami, rynkami, ulicami. Ale także tym, co dla nas stało się niemal niewidzialne przez swoją zwyczajność – czystością, porządkiem, światłami miast, restauracjami pełnymi ludzi, nowoczesnością, poczuciem bezpieczeństwa.
W czasie ich pobytu w stolicy poszliśmy na kolację do jednej z restauracji na warszawskim Nowym Świecie. Był ciepły, letni wieczór. Jeden z tych, kiedy miasto nie chce jeszcze iść spać. Ogródki restauracyjne pełne ludzi. Przy stolikach rozmowy, śmiech, kieliszki wina, dzieci biegające między krzesłami. Ktoś właśnie wychodzi z restauracji, ktoś dopiero szuka wolnego stolika. Nad ulicą światła, a pomiędzy nimi ten szczególny gwar miasta, które po prostu dobrze czuje się samo ze sobą.
„Jak się wam podoba w Polsce” – zadałem oczywiste w takiej sytuacji pytanie. Dziewczyny są zauroczone wszystkim, co widzą.
Słucham ich i się uśmiecham, bo przecież to wszystko znam. Widzę to codziennie, ale rzeczy codzienne mają to do siebie, że z czasem przestajemy je zauważać.
Kiedy po kolacji czekaliśmy na taksówkę spojrzałem na rozświetlony Nowy Świat, pełen ludzi, żywy. zwyczajny, ale europejski, światowy i wtedy, zupełnie niespodziewanie, poczułem dumę. Nie tę wielką, odświętną, z flagą i hymnem. Nie tę, która potrzebuje wielkich słów, tylko cichą, prawdziwą.
I może najbardziej uświadomiły mi to właśnie moje kuzynki. Przyjechały z Kanady i nie patrzą na Polskę jak na kraj, który dopiero próbuje dogonić Zachód. Patrzą na Warszawę, Kraków czy Gdańsk, jak na piękne europejskie miasta. To my wciąż patrzymy na siebie dawnymi oczami, jakbyśmy ciągle byli tymi, którzy muszą coś komuś udowodnić, ale może już nie musimy.
Pomyślałem o Polsce sprzed 1989 roku. O kraju szarym, zmęczonym, z zamkniętym niemalże granicami, których nie można było tak po prostu przekroczyć. O pustych sklepowych półkach, kartkach, kolejkach i samochodach, na które czekało się latami. O podróżach na Zachód, które miały w sobie coś z wyprawy na inną planetę.
Dobrze pamiętam tamtą Polskę i może właśnie dlatego tamtego wieczoru tak mocno zobaczyłem tę dzisiejszą. Bo przecież minęło niewiele więcej niż jedno pokolenie, a my przeszliśmy kawał drogi. Zbudowaliśmy miasta, drogi i mosty. Odnowiliśmy to, co przez lata niszczało. Wypełniliśmy restauracje i sklepy ludźmi. Zapełniliśmy ulice rowerami, samochodami, beztroskimi rozmowami przy kawiarniach stolikach. Nauczyliśmy się podróżować bez lęku, że świat za granicą jest czymś niedostępnym.
Oczywiście można mieć zupełnie różne poglądy na Polskę, w której żyjemy dzisiaj. Możemy spierać się o politykę, o kierunek, w którym zmierzamy, o to, czy państwo jest wystarczająco sprawiedliwe, czy podziały między nami nie stały się zbyt głębokie, czy nie zgubiliśmy po drodze czegoś ważnego, istotnego.
Możemy mieć pretensje o rzeczy, które przez te ponad trzydzieści lat transformacji zrobiliśmy źle, albo których nie zrobiliśmy wcale. Bo przecież nie wszystko poszło tak, jak sobie wtedy wyobrażaliśmy. Były decyzje, które z perspektywy czasu oceniamy dzisiaj inaczej. Były grupy ludzi, które zapłaciły za przemiany znacznie wyższą cenę niż inni. Były nierówności, rozczarowania, niewykorzystane szanse. Byliśmy czasem zbyt naiwni, czasem zbyt zachłanni, czasem zwyczajnie nieumiejętni.
Dzisiaj, po trzydziestu kilku latach, jesteśmy niewątpliwie mądrzejsi i wiemy więcej. Wiemy, że sama wolność nie rozwiązuje wszystkich problemów. Rozwój gospodarczy nie oznacza automatycznie szczęścia każdego człowieka, a nowa droga, piękny dworzec i odrestaurowana kamienica nie wystarczą, jeśli ktoś czuje się pozostawiony na marginesie.
Wiemy też, że demokracja, wolność i państwo prawa nie są dane raz na zawsze i wymagają codziennej troski i uwagi. Możemy się o to wszystko spierać.
Właśnie na tym chyba polega dorosłość społeczeństwa, że potrafi patrzeć na swoją historię nie tylko przez różowe okulary sukcesu, ale także przez pamięć o błędach. Tyle, że jedno nie musi unieważniać drugiego. Możemy krytycznie patrzeć na dzisiejszą Polskę i jednocześnie być z niej dumni. Możemy nie zgadzać się z politykami, a jednocześnie cieszyć się z tego, co przez te lata wspólnie zbudowaliśmy. Możemy pamiętać o tych, którzy przegrali transformację, nie zapominając o milionach ludzi, których życie stało się lepsze. Możemy widzieć pęknięcia, a jednocześnie widzieć całość. Bo Polska nie należy do żadnej partii. Nie jest własnością jednej grupy, jednego pokolenia ani jednej politycznej opowieści. Jest nasza, także wtedy, kiedy jesteśmy z niej niezadowoleni. I może właśnie dlatego tamtego wieczoru na Nowym Świecie poczułem tę cichą dumę. Nie z tego, że wszystko się udało, tylko z tego, że tak wiele się udało. Z kraju, który w 1989 roku dopiero wychodził z komunistycznej nędzy, staliśmy się miejscem, w którym trzy kobiety mieszkające od lat w Kanadzie spacerują po Warszawie i mówią: „Jak tu jest pięknie”. Ich zachwyt był dla mnie czymś więcej niż komplementem, był lustrem, w którym zobaczyłem w Polskę, której na co dzień już nie dostrzegam. Polskę niedoskonałą, czasem irytującą, podzieloną, pełną problemów i sporów, ale jednocześnie Polskę wolną, nowoczesną, bezpieczną, europejską. Polskę, która przez ponad trzydzieści lat przeszła drogę, o której wcześniej mogliśmy tylko marzyć.
Może więc czasem, zanim zaczniemy po raz kolejny wyliczać, co w Polsce jest nie tak, warto na chwilę przystanąć. Spojrzeć na światła Nowego Światu. Na ludzi siedzących przy stolikach. Na starą ulicę, która wieczorem tętni życiem i przypomnieć sobie, jak wyglądała Polska, kiedy zaczynaliśmy tę drogę. Nie po to, żeby przestać krytykować. Nie po to, żeby udawać, że wszystko jest dobrze. Tylko po to, żeby zachować właściwą proporcję. Bo można chcieć lepszej Polski, nie gardząc tą, którą już mamy. Można być wobec niej wymagającym i jednocześnie wdzięcznym. Można widzieć jej wszystkie niedoskonałości i mimo to powiedzieć: To jest mój kraj i jestem z niego dumny.
Na Oldze i jej córkach ogromne wrażenie zrobiła wizyta w Muzeum Solidarności w Gdańsku i w tym w właśnie miejscu historia zatoczyła koło. Na tym starym zdjęciu Olga ma półtora roku. Nad jej głową ktoś, najprawdopodniej mój brat trzyma karton z napisem „Solidarność”. Dzisiaj, po tylu latach, Olga stoi w tym samym kraju jako dorosła kobieta. Ogląda miejsca, których jako dziecko nie mogła przecież pamiętać, i mówi, że poczuła ogromną dumę z tego, że jest Polką.
Kiedy zapytałem Olgę o to zdjęcie, napisała mi:
„Zawsze, odkąd byłam mała, wpatrywałam się w to zdjęcie i zastanawiałam się, co ono właściwie znaczy. Tata próbował mi to tłumaczyć, ale wtedy bardzo niewiele rozumiałam z tego, co „Solidarność” tak naprawdę symbolizowała. Po wizycie w muzeum byłam bardzo pozytywnie zaskoczona, kiedy dowiedziałam się, jak silni są Polacy i jak potrafili się zjednoczyć i walczyć o wolność. To naprawdę sprawiło, że poczułam ogromną dumę z tego, że jestem Polką.”
Na drugim zdjęciu jest kartka, którą kilka dni temu Olga przypięła na ścianie w Muzeum Solidarności. Pisze, że jest dumna ze swojej ojczyzny i ludzi, którzy z taką determinacją walczyli o wolność.
Kiedy patrzę na te zdjęcia, pomyślałem, że chyba właśnie o to chodzi z tą całą dumą. Nie o to, żeby uważać, że wszystko zrobiliśmy dobrze. Nie o to, żeby przestać pytać, co można zrobić lepiej. Tylko o to, żeby czasem umieć spojrzeć na własną historię z odpowiedniej perspektywy.
Chyba trudno o lepszą odpowiedź na pytanie, dokąd przez te wszystkie lata doszliśmy.
A Nowy Świat? Tego wieczoru był naprawdę nowy. Tyle, że nie dla Polski. Dla mnie.
Jacek Bulak © 2026
