Brzydcy
Grażyna Łobaszewska
GAD Records 2026, GAD CD 410 (oryginalne wydanie w 1989 roku, Polskie Nagrania SX 2756), TT: 37’21”

Coraz częściej łapię się na myśli, że wytwórnia GAD Records i jej niestrudzony szef Michał Wilczyński powinni otrzymać jakieś najwyższe państwowe odznaczenie za zasługi dla polskiej kultury. Trudno wskazać dziś w Polsce drugą oficynę, która z taką konsekwencją, pasją i szacunkiem dla historii przywracałaby fonograficzną pamięć o albumach zapomnianych, niedocenionych, wydanych w śladowych nakładach lub funkcjonujących przez lata w kolekcjonerskim obiegu jako legendarne „białe kruki”. Dzięki takim reedycjom odzyskujemy nie tylko muzykę, ale także fragment własnych biografii.

Jednym z najcenniejszych takich powrotów jest właśnie „Brzydcy” Grażyny Łobaszewskiej. Album, który ukazał się pod koniec lat osiemdziesiątych, dziś wraca w doskonałej edycji CD, przypominając, jak niezwykłym artystycznym zjawiskiem była i pozostaje jego autorka.

Dla mnie to jednak coś więcej niż tylko ważna płyta w historii polskiej muzyki rozrywkowej. To jedna z najważniejszych płyt mojej młodości. Jedna z tych, które nie tylko się słucha, ale które zapisują się w pamięci jako ścieżka dźwiękowa określonego czasu, emocji, ludzi i miejsc.

Mam też osobisty powód, by wracać do „Brzydkich” z wyjątkowym sentymentem. Przed laty miałem okazję poznać Jana Wołka, autora tekstów do większości utworów zgromadzonych na tej płycie. Wołek, artysta totalny: malarz, poeta, bard i jeden z najwybitniejszych polskich autorów piosenek, bywał na plenerach malarskich w Lucieniu koło Gostynina. Podczas jednej z rozmów opowiedział mi historię powstania tekstu do tytułowej piosenki.

Przyszła do niego Grażyna Łobaszewska wraz ze swoim partnerem i poprosiła o napisanie tekstu. Usiedli naprzeciwko niego na wersalce. Jak wspominał z właściwym sobie humorem: „jedno brzydsze od drugiego”, więc napisał: „brzydka ona, brzydki on”. I tak narodził się jeden z największych przebojów w dorobku artystki.

Dziś ta anegdota brzmi niemal jak muzyczna legenda, ale doskonale oddaje charakter Wołka: błyskotliwego obserwatora codzienności, który potrafił z pozornie zwyczajnej sytuacji wydobyć uniwersalną prawdę o ludzkich uczuciach.

Słuchając po latach „Brzydkich”, trudno oprzeć się wrażeniu, że album wyprzedzał swoje czasy. Łobaszewska, kojarzona wcześniej z bardziej soulowymi, funkowymi i jazzującymi brzmieniami, proponuje tutaj repertuar zdecydowanie bardziej przystępny, momentami wręcz pop-rockowy. Nie oznacza to jednak żadnych artystycznych kompromisów. Przeciwnie. Jej charakterystyczna maniera wokalna, głęboka, ciepła, nasycona emocjami barwa głosu sprawiają, że nawet najbardziej radiowe kompozycje zachowują indywidualny charakter.

To właśnie siła tej płyty. Z jednej strony mamy przebojowość, znakomite melodie i świetne aranżacje. Z drugiej artystyczną klasę, która odróżnia ten materiał od wielu produkcji schyłku PRL-u.

Swoją cegiełkę do sukcesu dołożyli znakomici muzycy i kompozytorzy. Słychać tu doskonały warsztat instrumentalistów, rozmach aranżacyjny i ogromną dbałość o szczegóły. Album brzmi świeżo nawet dzisiaj, co jest najlepszym dowodem jakości materiału.

Oczywiście centralnym punktem pozostaje utwór tytułowy. „Brzydcy” to piosenka, która z biegiem lat osiągnęła status klasyka. Paradoksalnie nie od razu została doceniona. Nie zdobywała nagród, nie szturmowała zestawień przebojów z taką siłą, jak można by się spodziewać. Historia przyznała jej jednak rację. Dziś trudno wyobrazić sobie opowieść o polskiej piosence końca XX wieku bez tego utworu.

Ale album ma znacznie więcej do zaoferowania. „Padlinożerca”, „Kontrolowany luz”, „Ołów” czy „Według komputera” pokazują różne oblicza Łobaszewskiej, która potrafi być jednocześnie refleksyjna, drapieżna, liryczna i przebojowa. To repertuar dojrzały, inteligentny i znakomicie napisany.

Równie fascynująca jest historia samego wydawnictwa. Pierwotne wydanie ukazało się w niewielkim nakładzie i nie doczekało się promocji adekwatnej do swojej wartości. W efekcie przez lata album funkcjonował bardziej jako kolekcjonerska legenda niż powszechnie znany rozdział w historii polskiej muzyki. Tym bardziej cieszy jego powrót.

Dla młodszych słuchaczy „Brzydcy” mogą być odkryciem. Dla tych, którzy dorastali w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, są czymś znacznie więcej. Powrotem do czasu, gdy muzyki słuchało się uważniej, gdy znało się teksty na pamięć i gdy kolejne płyty stawały się ważnymi punktami odniesienia w życiu.

Dlatego ta reedycja nie jest wyłącznie archiwalną ciekawostką. To przypomnienie albumu, który zasługuje na trwałe miejsce w kanonie polskiej muzyki rozrywkowej. Płyty dojrzałej, emocjonalnej, świetnie napisanej i wykonanej. Płyty, która po ponad trzech dekadach nadal brzmi szczerze, autentycznie i poruszająco.

A jeśli dzięki Michałowi Wilczyńskiemu i GAD Records kolejne pokolenie odkryje dziś „Brzydkich”, będzie to jeszcze jeden dowód na to, że misja tej wytwórni ma sens. Bo pamięć o dobrej muzyce to także część naszej kultury. I warto o nią dbać.

Robert Majewski © 2026

Płytę można kupić tutaj.