Bo przecież Sting nie powinien się starzeć. Nie po „Roxanne”, „Message in a Bottle”, „Every Breath You Take”, „Fragile” czy „Englishman in New York”. Te piosenki miały być wieczne. A skoro są wieczne, to ich autor też jest wieczny, ewentualnie powinien mieć jakieś 35 lat. No może najwyżej 40.
Gordon Sumner przez pół wieku robił coś niezwykłego – potrafił być jednocześnie gwiazdą popu i muzykiem, który nigdy do końca nie mieścił się w popowych ramach.
Sting z The Police nauczył nas, że trzy osoby mogą narobić więcej hałasu i emocji niż pół orkiestry. Później poszedł własną drogą: jazz, reggae, rock, muzyka dawna, symfoniczna, piosenka literacka, world music. Czasem ocierał się o pretensjonalność, czasem przesadzał, ale prawie zawsze próbował czegoś nowego. To między innymi dzięki Stingowi i jego współpracy z wybitnymi muzykami jazzowymi zacząłem słuchać jazzu inaczej, a z czasem po prostu go pokochałem. Branford Marsalis, Kenny Kirkland, Christian McBride, Chris Botti, Darryl Jones czy Omar Hakim pokazali mi, że między rockiem, popem i jazzem nie musi istnieć żadna granica, którą trzeba przekraczać na palcach i z drżącym ze strachu głosem. Można ją po prostu bezczelnie zignorować. Sting nie boi się współpracować z doskonałymi, czasem lepszymi od siebie, muzykami. Przeciwnie – zaprasza ich do swojego świata i pozwala im ten świat zmieniać. Dzięki temu jego muzyka jest często czymś więcej niż sprawnie napisanym popem.
Sting ma niezwykłą cechę – potrafi być wyrafinowany bez zadęcia i popularny bez schlebiania publiczności. A kiedy śpiewa, nadal brzmi tak, jakby miał coś ważnego do powiedzenia. Może dlatego jego muzyka tak dobrze znosi upływ czasu.
75. urodziny, to w przypadku Stinga raczej kolejny etap niż jubileusz. Bo niektórzy artyści starzeją się razem ze swoją publicznością. Sting zrobił coś trudniejszego – sprawił, że kolejne pokolenia starzeją się razem z jego piosenkami. I chyba właśnie na tym polega prawdziwa długowieczność w muzyce – nie na tym, żeby wciąż być młodym. Tylko na tym, żeby wciąż być potrzebnym i ważnym.
Widziałem Stinga na żywo wiele razy. I za każdym razem było to niezwykłe przeżycie. Niezależnie od tego, jak dobrze zna się jego piosenki, koncert potrafił pokazać je z zupełnie innej strony. Była w tym precyzja, energia, znakomici muzycy i przede wszystkim poczucie, że na scenie nie stoi człowiek odgrywający swoją dawną sławę, ale artysta, który nadal ma coś do powiedzenia.
W jednym z wywiadów na pytanie dziennikarza o to, czy czuje się megagwiazdą bez wahania odpowiedział, że absolutnie się tak nie czuje, ale po chwili pauzy pojawił się w jego oczach ten łobuzerski błysk i dodał z niewinnym uśmiechem nastolatka: „ok… sprzedałem ponad 100 milionów płyt”. I to jest cały Sting, niezwykle skromny, ale jednocześnie świadomy swojej wartości.
Urodziny Stinga uświadomiły mi również, że problem nie polega na tym, że Sting się starzeje. Problem polega na tym, że my robimy to razem z nim, a jego piosenki, jak na złość, wciąż mają po dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat i ani myślą się do tego przyznać, a my chcemy ich więcej i więcej.
Happy Birthday, Sting!
Autor zdjęcia:Andrzej Strzelczyk, www.sting.com
Jacek Bulak © 2026
