Kiedy są razem, a ona czuje się źle, jest sam; kiedy są razem, a ona czuje się dobrze, jest ich dwoje. Życie z Fanny to nieustanne przechodzenie od samotności do towarzystwa i nigdy nie wiadomo, kiedy się będzie samemu, a kiedy we dwójkę. Nieustanne przechodzenie z nocy w dzień, z chłodu w światło, jak w czytanej przez niego w dzieciństwie baśni, gdzie dwa delikatne elfy, jeden z koroną ciemnych płatków na głowie, drugi białych, dzieliły między siebie dobę. Fanny nie przeskakuje nagle z jednego stanu do drugiego, dzieje się to powoli, stopniowo; kiedy odchodzi, wydaje mu się, że zapada noc; kiedy wraca, robi się południe.
Główna bohaterka tej książki (wydanej przez Wydawnictwo Filtry w tłumaczeniu Katarzyna Marczewska) żyje w sposób niezupełnie pasujący do przyjętych zasad. Czy jednak na tyle, by uważać ją za szaloną? Bliska jej postać stara się wykazać, że ona nie jest wariatką. Ba, ta kobieta może nawet widzi i czuje więcej niż niejedna osoba; w kapeluszu w lamparcie cętki, czy bez niego.
Postać zwana Narratorem nie ukrywa, że z Fanny nie jest łatwo. Według niego ona nigdy nie czuje chłodu ani bólu. Bywa w niej więcej naśladownictwa niż jej samej. I zdarza jej się nie odczuwać piękna krajobrazu, przyrody, które jest jej pokazywane. Narrator podejrzewa jednak, że jej „twarda skorupa” musi skrywać „płynny, delikatny i świetlisty świat, tak aby mogły tam wpływać tysiące fal radości, które pozwalały jej oddychać”.
Bo Fanny potrafi okazać prawdziwą radość, kiedy doświadcza szczerego uśmiechu; wtedy wyraźnie się ożywia. Fascynować się sztuką. Zdarza jej się buntować, wręcz wybuchać gniewem, co Narrator postrzega jako pragnienie walki, chęć okazywania emocji. I Fanny potrafi też pomyśleć, ile to głupot może być zawartych w tak zwanych dobrych radach tak zwanych rozumnych ludzi – którzy pewnie myślą, że wiedzą wszystko o wszystkich i wszystkim. Kiedy jednak słyszy inne słowa, potrafi zamknąć oczy, poczuć się lepiej, wszystko inne schodzi na dalszy plan. I jeszcze niekiedy powtarza, że chciałaby być głupia, w tym sensie, by nie musieć nieustannie myśleć; zamiast przymusu ciągłego oglądania wszystkiego przez lupę, móc swobodnie powłóczyć się bez celu, być we władaniu kaprysu.
Choćby to jest dowodem na istnienie Fanny. Jak też staranne wyjmowanie z futerału okularów, patrzenie w lustro bez cienia kokieterii, przechadzanie się drogą porośniętą pożółkłą trawą, pływanie w jeziorze… Także kiedy gra w karty ze swoim ojcem, leżąc na dywanie; wtedy „rozsnuwa się między nimi niemożliwa i możliwa zgoda, krążą tysiące słów, rozmowa, z której Narrator jest rozmyślnie i całkowicie wykluczony”.
Francuska pisarka Anne Serre i tłumaczka „Kapelusza…” na język polski (to dzięki Katarzyna Marczewska „gdera Narrator” i okazuje się „strasznym zmarzluchem”, ktoś coś „zwędza”, pojawia się słowo „Ejże”) snują opowieść o postaci z niełatwą osobowością, ale przecież pragnącą bycia kochaną, szukającą odpowiedzi, również w religii i psychoanalizie, czekającą na coś. Uciekającą od samotności, do bycia z kimś, kto będzie czuwał, pomagał wskrzeszać, przebudzał; potrząsał i sprawiał, by kipiało się życiem… Tak ma wiele osób, o których trudno powiedzieć, by były szalone.
Każda przeczytana książka pozwalała mu trochę bardziej okrzepnąć; nie to, żeby szukał w nich rad czy znajdował wzory postępowania. Nie, pomagały mu cudze myśli i refleksje, z których korzystał, wplatał je we własne przemyślenia, jedne odrzucał, inne przyjmował, z jeszcze innych zapożyczał drobny fragment. Tak oto po trochu budował własne życie, własne myśli, zainteresowania, dzięki temu czuł się coraz miej zagubiony i łatwiej mu było zmierzać prosto ku niemu, co mu się podobało i poprawiało samopoczucie.
Rafał Kowalski © 2026
Anne Serre, Kapelusz w lamparcie cętki, tłumaczenie Katarzyna Marczewska, Wydawnictwo Filtry, Warszawa 2026, ss. 96
