Jeszcze niedawno sztuczna inteligencja miała zabrać nam pracę. Potem artystom sztukę, pisarzom książki, muzykom muzykę, naukowcom naukę, a uczniom zdolność samodzielnego myślenia. Dziś sytuacja zrobiła się jeszcze ciekawsza. AI rzeczywiście jest wszędzie, ale najbardziej fascynujące jest to, że wszędzie zaczęliśmy jej szukać.
Czytamy artykuł – za gładki – to pewnie AI. Otwieramy książkę – zdania podejrzanie poprawne, na pewno AI. Opracowanie zbyt spójne – AI. Grafika za dobrze pasuje do tematu – wiadomo, AI. Ktoś w internecie użył średnika – nie no, proszę państwa, człowiek tak nie pisze!
Jeszcze chwila i autor będzie musiał zostawić w tekście trzy literówki i dwa źle postawione przecinki, żeby dostać certyfikat autentyczności.
Tymczasem AI naprawdę jest wszędzie. W badaniu ponad sześciu tysięcy niemieckich naukowców ponad jedna czwarta deklarowała codzienne korzystanie z takich narzędzi. AI pomaga przeglądać literaturę, pisać kod, przygotowywać publikacje. W świecie pisarzy jest podobnie: w 2025 roku korzystanie z AI deklarowała już ponad połowa ankietowanych autorów z Niemiec, Austrii i Szwajcarii.
W grafice nawet nie ma sensu udawać, że to margines. W badaniu Adobe z 2025 roku 86 procent twórców przyznawało się do korzystania z generatywnej AI. A muzyka? Według Deezera w czerwcu 2026 roku już ponad połowę nowych utworów trafiających na platformę stanowiła muzyka w pełni wygenerowana przez AI. Około 90 tysięcy nagrań dziennie.
AI nie stoi więc pod drzwiami. Jest już w salonie, siedzi na kanapie, wyjada paluszki i pyta o hasło do Wi-Fi. Tyle że my nadal zachowujemy się tak, jakby należało złapać ją na gorącym uczynku. Powstała nawet nowa dyscyplina: AI-znawstwo intuicyjne. Nie potrzeba badań ani specjalistycznej wiedzy. Wystarczy „wyczuć”: tekst jest zbyt równy, argumentacja za spójna, streszczenie za zwięzłe, grafika za ładna, styl zbyt poprawny.
Zdemaskowany!
W ten sposób wkroczyliśmy w epokę, w której jakość sama staje się poszlaką. A to jest wiadomość fatalna przede wszystkim dla ludzi utalentowanych.
Polowanie miewa realne konsekwencje. „Shy Girl” Mii Ballard została wycofana przez Hachette po zarzutach dotyczących wykorzystania generatywnej AI. Autorka twierdziła, że sama jej nie używała, a zrobił to zatrudniony przez nią redaktor.
Podejrzenia dosięgły nawet Virginię Dignum, profesor zajmującą się etyką sztucznej inteligencji. Po błędach znalezionych w jej książce pojawiły się oskarżenia o użycie AI i skarga dotycząca nierzetelności naukowej. Sprawę ostatecznie zamknięto, nie znajdując podstaw do jej dalszego prowadzenia.
W Polsce mieliśmy raport „Polaków Portret Własny” i Barbarę Mróz-Gorgoń, która przyznała, że wykorzystywała AI; były błędy, absurdalne sformułowania i polityczna burza. Była też książka „Teoria spisku, czyli prawdziwa historia świata” Karoliny Opolskiej, w której znaleziono nieistniejące lub błędne źródła. Natychmiast pojawiło się podejrzenie AI, choć autorka i wydawnictwo zaprzeczyli, że książka została napisana przy jej użyciu.
A jednak największy paradoks widzę codziennie gdzie indziej. Na Facebooku. Obserwuję ludzi, którzy jeszcze trzy lata temu pisali mniej więcej tak: „Witam czy ktoś wie gdzie to załatwić bo dzwoniłem ale nikt nie odbiera pozdrawiam.”
Przecinki nie występowały. Kropki pojawiały się sezonowo. Ortografia była dziedziną negocjowalną, a składnia kończyła się tam, gdzie autorowi zabrakło oddechu.
I nagle stał się cud.
Ci sami ludzie zaczęli pisać akapitami. Stawiają przecinki. Myśli mają początek, rozwinięcie i zakończenie. Pojawiają się dwukropki, średniki, a nawet frazy w rodzaju „warto spojrzeć na tę kwestię z szerszej perspektywy”.
Polska kultura języka odrodziła się w dwa lata. I właśnie część tych świeżo upieczonych mistrzów polszczyzny z największym zapałem tropi AI u innych. „Ten tekst wygląda jak ChatGPT” oznajmia człowiek, który do niedawna nie wiedział, że „naprawdę” pisze się razem.
I nie mam o to pretensji. Przeciwnie: niech korzysta! Niech AI poprawia ortografię, przecinki, maile, pisma, prezentacje. Jeśli dzięki niej ktoś, kto wcześniej bał się napisać trzy zdania, zaczyna komunikować się jasno i poprawnie, trudno uznać to za upadek cywilizacji.
Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy własne używanie AI nazywamy pomocą, a cudze oszustwem. Kiedy AI poprawia mój tekst, jest korektorem. Kiedy twój, jest ghostwriterem.
Kiedy mnie podsuwa pomysł, to brainstorming. Kiedy tobie, nie jesteś już twórcą.
I tu właśnie tkwi sedno. Pytanie „czy użyto AI?” za chwilę będzie równie sensowne jak pytanie, czy pisarz korzystał z komputera. Znacznie ważniejsze brzmi: jak jej użyto? Do poprawienia przecinka czy wymyślenia źródła? Do korekty języka czy napisania całej książki? Do oczyszczenia fotografii czy stworzenia obrazu wydarzenia, którego nigdy nie było?
To są pytania o uczciwość i odpowiedzialność. Warto je zadawać. Ale wymagają czegoś więcej niż internetowego: „Ha! Wiedziałem!”.
AI jest wszędzie. W laboratorium, książce, piosence, grafice, redakcji, telefonie i komentarzu na Facebooku. A najbardziej jest chyba w naszej głowie, bo nauczyliśmy się podejrzewać ją wszędzie tam, gdzie rzeczywistość wydaje się podejrzanie dobrze napisana. Być może więc za kilka lat największym komplementem dla autora nie będzie: „Świetny tekst”. Będzie nim: „Świetny tekst. Aż trudno uwierzyć, że napisałeś go sam”.
A rozsądny autor na wszelki wypadek zrobi wtedy jedyną rzecz, która dowiedzie jego człowieczeństwa. Wstawi literówkę.
Robert Majewski © 2026
