Pierwszym uczuciem nie był zachwyt. Nawet nie ciekawość. Było nim raczej zdumienie, że książka, której zarzuca się niemal wszystko, co we współczesnej krytyce literackiej uchodzi za grzech śmiertelny, może jednocześnie dawać tak czystą, nieskrępowaną przyjemność czytania.
Gdybym miał opisać ją językiem wielu recenzji Świata jest za dużo Olgi Tokarczuk, które przeczytałem, zapewne szybko zacząłbym wyliczać jej mankamenty. Że rozlewa się na dziesiątki historii. Że nie prowadzi czytelnika za rękę. Że nie buduje napięcia, do którego przyzwyczaiła nas współczesna powieść. Że więcej w niej dróg niż celów i więcej ludzi niż bohaterów.
Ale kiedy wieczorem otwieram kolejne strony, wszystkie te argumenty nagle tracą znaczenie. Bo prawda jest taka, że nie czytam tej książki jako krytyk. Czytam ją jako człowiek.
A człowiek nie zawsze pragnie tego samego co krytyk. Nie zawsze szuka konstrukcji doskonałej. Nie zawsze oczekuje mistrzowsko rozpisanych punktów zwrotnych. Czasami wystarczy mu sam akt przebywania w czyimś świecie. Powolne zanurzanie się w krajobrazie myśli, wspomnień, ludzkich losów. Bez pośpiechu. Bez konieczności docierania dokądkolwiek. Mam wrażenie, że z wiekiem coraz bardziej cenię właśnie takie książki. Kiedyś pytałem literaturę, dokąd zmierza. Dzisiaj bardziej interesuje mnie, czy warto iść razem z nią.
W najnowszej powieści Tokarczuk odnalazłem tę rzadką cechę, która sprawia, że lektura przestaje być śledzeniem fabuły, a staje się formą zamieszkiwania. Nie pamiętam wszystkich postaci. Nie potrafiłbym odtworzyć wszystkich wątków. Niektóre wydarzenia przelatują przez pamięć niczym twarze widziane z okna pociągu. A jednak pozostaje poczucie uczestnictwa w czymś większym niż suma pojedynczych historii.
Być może właśnie na tym polega szczególna moc literatury. Nie na dostarczaniu odpowiedzi. Nie na budowaniu misternych konstrukcji, lecz na dziwnej zdolności przemieniania zwykłego istnienia w coś, czemu nie sposób odmówić znaczenia.
W rękach prawdziwego pisarza nawet życie pozornie nieciekawe zaczyna odsłaniać swoje ukryte światło. Człowiek, który przed chwilą był jedynie nazwiskiem, staje się światem. Drobne zdarzenie urasta do rangi przeznaczenia. Miejsce na mapie nabiera własnej pamięci. Rzeczy pozornie martwe zaczynają oddychać.
Może dlatego tak trudno mi przyjąć zarzut, że tej książce brakuje wyraźnego celu. Przecież życie także rzadko posiada wyraźnie zarysowaną fabułę. Gdy oglądamy je z bliska, składa się głównie z epizodów, spotkań, przypadków, urwanych rozmów, śladów po ludziach, których czasem ledwie zdążyliśmy poznać. Czy książka musi uporządkować ten chaos? Czasem wystarczy, że pozwali mu po prostu wybrzmieć.
I może właśnie dlatego od kilku dni prześladuje mnie osobliwa myśl. Nie zastanawiam się, jak ta powieść się skończy. Zastanawiam się raczej, dlaczego musi się skończyć.
Coraz rzadziej znajduję książki, przy których odczuwam tak dziecięcą wręcz zachłanność. Chęć pozostania jeszcze trochę. Jeszcze jeden rozdział. Jeszcze jedna historia. Jeszcze jedno ludzkie życie dopisane do tej wielkiej księgi przypadków i przeznaczeń. Każda przeczytana strona przynosi więc nie tylko przyjemność, lecz także stratę. Zbliża mnie do chwili, której wcale nie oczekuję. Do ostatniej kartki, do ostatniego zdania.
Ilekroć zamykam książkę późnym wieczorem, mam poczucie opuszczania miejsca, które zdążyło stać się na jakiś czas częścią mojego własnego świata. Jakbym wracał z długiej podróży, choć przecież nie ruszyłem się z fotela.
Nie wiem, czy Świata jest za dużo jest powieścią wybitną. Nie wiem, jak oceni ją historia literatury. Nie wiem nawet, czy wszystkie jej ambicje zostały spełnione.
Wiem natomiast coś znacznie prostszego.
Od dawna żadna książka nie sprawiła, żebym tak bardzo żałował, że liczba stron jest skończona. Żebym z takim niedowierzaniem obserwował malejącą grubość kartek po prawej stronie otwartej książki. A to, dla zwykłego czytelnika, jest chyba jedną z najpiękniejszych rekomendacji, jakie można wystawić literaturze. Nie wtedy, gdy odpowiada na pytania. Nawet nie wtedy, gdy zachwyca. Lecz wtedy, gdy budzi pragnienie, by nigdy się nie kończyła.
Czy świata jest za dużo? Nie wiem. Wiem tylko, że dobrej literatury jest zawsze za mało. Nawet wtedy, gdy liczy siedemset stron. Zwłaszcza wtedy.
Robert Majewski © 2026
Olga Tokarczuk, Świata jest za dużo, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2026, ss. 688
