Kiedy Cal pałętał się ojcu pod nogami, John dawał mu motki i wysyłał go na dwór, by dzieciak znalazł przedmiot, którego barwa zainspirowała daną przędzę, z kategorycznym przykazaniem, by idealnie dopasował kolory. Cal lubił te poszukiwania, wędrówkę z poczuciem celu i ostateczną nagrodę za czujność. Wracał do domu, niosąc w swetrze morszczyn, kawał porostu lub pióro nurzyka, a jego ojciec przykładał je do motków. Cal potrafił dopasować barwy niemal perfekcyjnie. – Nie znalazłeś nic dla tego niebieskozielonego – zauważył John. – To kolor morza. A ja nabrałem morskiej wody w dłonie, zostało mi w nich przezroczyste nic. (…) John pogrążył nos we włosach syna i wciągnął do płuc świeże powietrze. Właśnie podczas takich dni Cal ukochał kolory.

Pamiętam bardzo pozytywne wrażenie, jakie w 2021 roku zrobiła na mnie książka „Shuggie Bain” (wydana przez Wydawnictwo Poznańskie w przekładzie Krzysztof Cieślik, który mógłby wrócić do tłumaczenia słowa pisanego, trzymam za to kciuki) – pierwsza powieść Douglasa Stuarta wydana w Polsce. Mija pięć lat, w tym samym wydawnictwie ukazuje się „John, syn Johna”. I ciągle jest świetnie, również pod kątem przekładu, odpowiada za niego Maciej Studencki. I choć Pisarz i Tłumacz zabierają nas na Hebrydy, udowadniają, że także pod tamtejszą surowością może pulsować coś gorącego i prawdziwego.

W tej opowieści przede wszystkim o tym, jak trudnym i potrzebnym wyzwaniem jest szczerość, dzieje się dużo pod wieloma względami. Choćby w języku; skoro chwilę wcześniej wspomniałem o Panu Douglasie i Panu Macieju, zatrzymam się w tej sferze. W niej Douglas Stuart tworzy na przykład takie zdanie: „Jego długa, blada twarz pozostała spokojna jak tafla jeziora, ale za tym spokojem kryło się bezlitosne skaliste dno”. Do tego sięga po obrazowe porównania, jak to: „Wielebny Rose posłał mu ponad kamienną posadzką uśmiech chłodny niczym zimowy świt”. Tłumacz dzielnie dotrzymuje kroku Autorowi; dzięki niemu pojawiają się takie zdania i słowa: „Niczego nie mitrężyłem”, „siorbnął łyk herbaty”, „jak ich obsztorcował”, „rymsnął jak długi”, „szelmowsko na niego mrugnął”. Warto dodać, że podczas lektury „Johna…” można też podszkolić znajomość szkockiej odmiany języka gaelickiego.

Językowa forma tej powieści udanie oddaje jej wielowarstwową treść. Tu nie ma łatwych rozwiązań i postaci czarno-białych. Jest za to dowód, jak trudnym wyzwaniem jest powiedzenie prawdy, choćby w sferze uczuć, istnieje bowiem ryzyko poważnych konsekwencji. Ból może być mocno odczuwalny – czy mowa o relacji rodzicielskiej, przyjacielskiej, czy miłosnej. W tej książce kotwica samotności splata się z pragnieniem wyrwania jej. Prawdziwe uczucie szuka ujścia. Potrzeba bycia zrozumianym sąsiaduje z humorem, obecnym na przykład w braterskiej relacji, i we wnętrzu autobusu-imprezowni z przestrzenią przypominającą szpitalny korytarz, którą „wytrawni pijacy ochrzcili” mianem „boskiej poczekalni”.

Pojawiają się dylematy związane z biedą i brakiem perspektyw, z wiarą i z Bogiem; jeden z bohaterów w myślach prosi Stwórcę, by Ten odwrócił wzrok jeszcze tylko na jeden wieczór. Są szczegóły, jak światła w budzących się domach, blask tańczący na śpiącym ciele, i krople rosy biegnące po „przedniej szybie samochodu aż do mety na popękanej gumowej uszczelce”. Jest surowość przyrody i krajobrazu, na którą składa się więcej deszczu i wiatru niż promieni słonecznych, domy w cieniu skał i statki wypływające na wzburzone morze, rozmaite rośliny i zwierzęta… To wszystko nie wydaje się drugoplanowe w porównaniu z ludźmi („– Niedługo zaczną się rodzić jagnięta – powiedział w końcu. – Proszę poczekać, przy nich świat robi się lepszy”); osobami, które potrafią być niesprawiedliwie surowe – ale też, bywa, starają się podchodzić z szacunkiem do wielowiekowej tradycji (jak tkactwo), i nie zostawiać innych w potrzebie, nie tylko w kontekście torfu na opał.

Jedna z postaci w tej książce za pomocą aparatów radiowych od dzieciństwa wysyła w mrok sygnały, mając nadzieję, że połączy się z ludźmi, i z zachwytem przyjmuje „dowody takiego kontaktu”. Nie tylko w tym przypadku Douglas Stuart daje do zrozumienia, że warto jednak starać się kroczyć do przodu; na przykład wbrew wiatrowi, deszczowi i ludzkim osądom.

Chciałbym uciec od tej rutyny, od tych samych dni, które powtarzają się w kółko. Chciałbym móc iść do galerii sztuki i stanąć przed obrazem, żebyś mógł mi opowiedzieć o jego kolorach. Chciałbym się z tobą zagubić. Powędrować przez miasto, zacząć od centrum i przejść aż na krańce… Zaglądać do domów innych ludzi i wyobrażać sobie, jak to by było, gdybyśmy tam mieszkali. Pragnąłbym, żebyś klepnął mnie od czasu do czasu w tyłek, delikatnie, jakbyś chciał mnie popędzić. Miałbym ochotę usiąść w pubie podczas ulewy i rozmawiać z tobą bez obawy, że ktoś nas rozpozna.

Rafał Kowalski © 2026

Douglas Stuart, John syn Johna, tłumaczenie Maciej Studencki, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2026, ss. 512