Zaglądała do wózków mijanych na ulicy. Sprawdzała ogłoszenia, patrzyła na słupy i tablice, pytała znajomych i całkiem obcych ludzi, chodziła po ochronkach, parafiach, domach dziecka, wszędzie gdzie tylko były jakieś dzieci. Codziennie mówiono o sierotach zwożonych do Lwowa z prowincji. Chodziła je oglądać. Szukała niespełna rocznej dziewczynki w pieluchach, ślicznej i grzecznej. Jak gdyby czas się zatrzymał jesienią 1942 roku w jej ramionach.
Agnieszka Dauksza w tej książce (wydanej przez Wydawnictwo Karakter) opowiada o dwudziestowiecznej historii Polski przez pryzmat kobiety, która chce żyć godnie i odnaleźć zaginione dziecko. W poszukiwanej osobie ma zawierać się sens przetrwania poszukującej, podążanie za potomkiem ma być jednoznaczne z walką o siebie. Granice państw mogą zmieniać się często, rzadziej ludzkie podejście do tak zwanego Innego; a kropka po ostatnim zdaniu nie musi oznaczać jednoznacznego zakończenia.
Los zafundował Linie kurs przyspieszonego dojrzewania życiowego. Próbuje ona odnaleźć się w świecie, gdzie jedni bliscy nie radzą sobie, inni potrafią odwrócić się plecami, a sytuacje ekstremalne, jak wojna, rodzą postawy godne szacunku i hańby. Ksiądz, ojciec i profesor w chwili próby człowieczeństwa może wypędzić, a ktoś anonimowy podrzucać chleb i mleko. By zwiększyć szansę na przeżycie, trzeba umieć odnaleźć się w sytuacjach ekstremalnych, jak opieka nad dzieckiem mordercy, uderzenia obojętności, albo patrzenie przez okno na dantejskie sceny, ściskając bezradnie brzeg zasłony. Także w konkretnym momencie, kiedy trzeba podjąć decyzje, czy porzucić dziecko, które dzięki temu może mieć większą szansę na przeżycie. By potem, jeśli zachowa się życie własne, spróbować potomka odnaleźć.
W opowieści Autorki o tych poszukiwaniach pewne sprawy się zmieniają, wśród nich granice państwowe i miejsca, ludzie odchodzą, pojawiają się nowi. Czymś bardziej trwałym jest podejście do rzekomej inności, jak obawa przed obcymi, niechętny stosunek na przykład do Żydów – odpowiednio użyta przez władzę takie podejście może być „sprytną maszynką” do rządzenia poddanymi („mechanizm jest regularnie wykorzystywany w czasie niepokojów politycznych, po kataklizmach, przed wyborami. Nadal się sprawdza, ludzie się przyzwyczajają i uważają, że to ich własne poglądy”). W skali marko, co ma miejsce podczas wydarzeń marcowych w 1968 roku, i w skali mikro, kiedy sąsiadka z przyjaciółki staje się wroginią, nie waha się wydać na śmierć dla własnej korzyści. Są tu też postawy i sytuacje niejednoznaczne; uosabia je na przykład niejaki Jurcio, który ludzi w potrzebie wydaje i ratuje. Albo kobiety oddające się oprawcom, by zwiększyć swoje szanse na uniknięcie śmierci. Oszukiwanie nabiera innego wymiaru, a ktoś ukrywający się może krzywdzić inną osobę będącą w ukryciu.
Innymi słowy pewność kogoś i czegoś nie jest czymś, co podczas lektury „Niedaleko…” można zachowywać długo; nawet w samym podejściu matki i dziecka nie brakuje poruszających zwrotów akcji. Niejednoznaczna jest też forma samej książki, gdzie swoje role mają do odegrania zarówno Julian Tuwim, jak też truskawki. Wydaje się ona reportażem niewolnym od elementów literatury pięknej, jak ten: „Stawała się przezroczysta, przez skórę prześwitywały setki naczyń krwionośnych – chciała nimi odpłynąć, ale nie wiedziała dokąd”. Albo to porównanie dzieci do zabiedzonych ptaków różnych gatunków: jedne są bez piór, inne nielotami, jeszcze inne są kanarkami bez głosu… Ważniejsze od podziału na gatunki literackie jest jednak uchwycenie i podkreślenie tego, co uniwersalne i ponadczasowe; choćby więzi matki i dziecka, mocniejszej niż wszystko inne we wszechświecie.
Wcześniej też nic nie znaczyli, ale na innych zasadach. Tym bardziej byli Żydami, im większą wagę przywiązywali do tego Niemcy, Polacy i Ukraińcy. Trudno było sobie teraz wyobrazić nową dynamikę relacji. Jak po tym wszystkim mijać się na ulicy? Nie mieli nic oprócz braku złudzeń. (…) Wychodzili, jak się wychodzi po długiej zimie na ciepło, nagle bez warstw otulających. Znowu ma się ciało i twarz. Wychodzili bezbronni, bladzi, z nerwami na wierzchu, mrużąc oczy. I nawet nie wiedzieli, co sobie powiedzieć, więc szli w różne strony, bez słów.
Rafał Kowalski © 2026
Agnieszka Dauksza, Niedaleko pada granat od jabłoni, Wydawnictwo Karakter, Warszawa 2026, ss. 304
