Biografie rockowych muzyków prawie zawsze mają ten sam schemat – pierwsze fascynacje, pierwsza gitara, bunt, alkohol, narkotyki, kobiety, sukces, konflikty, wielkie koncerty, wielkie upadki i na koniec piękne zmartwychwstania.
„Mniej obcy”, netflixowa opowieść o Janie Borysewiczu w reżyserii Kristoffera Rusa, niestety nie potrafi uciec od tego schematu. Historia, którą oglądamy na ekranie, mogłaby w gruncie rzeczy opowiadać o całym tuzinie muzyków pokolenia lidera Lady Pank. Inne nazwisko, inny zespół, podobne rozterki.
I właśnie w tym tkwi, w mojej opinii, największa słabość filmu – próbuje opowiedzieć historię konkretnego człowieka, ale chwilami posługuje się biograficznym szablonem.
Na szczęście „Mniej obcy” ma coś, co pozwala mi spojrzeć na niego przychylniej. Najciekawsze rzeczy dzieją się tu nie wtedy, gdy Borysewicz gra na gitarze, komponuje kolejne przeboje czy wspina się po szczeblach muzycznej kariery, lecz wtedy, gdy przestaje być legendą polskiego rocka, a staje się po prostu człowiekiem – synem, bratem, kolegą, partnerem. Kimś, kto musi sobie radzić z własnymi emocjami, ambicjami i relacjami z najbliższymi.
Właśnie jego relacje z najbliższymi mają w sobie znacznie więcej dramaturgii i autentycznego napięcia niż niejedna scena ilustrująca kolejne etapy muzycznej kariery. Nie chodzi przecież o to, żeby po raz kolejny przypominać widzom, że rock’n’roll bywał niegrzeczny, a muzycy nie zawsze prowadzili życie godne poradnika dla młodych rodziców. Ciekawsze jest pytanie, co właściwie sprawia, że ktoś takim się staje i jaką cenę płaci za swoje wybory.
Mam poczucie, że „Mniej obcy” nie do końca wykorzystał własny potencjał. Nie potrzebujemy kolejnej opowieści o tym, że rockowy muzyk miał trudny charakter, wielkie ambicje i skomplikowane życie rodzinne i uczuciowe. Takich historii znamy dziesiątki. Potrzebujemy opowieści, która pokaże, co w Janie Borysewiczu było niepowtarzalne – nie tylko jako gitarzyście i kompozytorze, ale przede wszystkim jako człowieku.
Na uwagę zasługuje odtwórca głównej roli, Mikołaj Bukrewicz. Jego gra sprawia, że Borysewicz nie jest jedynie ekranową imitacją znanego muzyka, zestawem charakterystycznych gestów i min, które widz rozpozna z koncertowych nagrań. Bardzo dobrze dobrano również Marcela Barra wcielającego się w wokalistę Lady Pank, Janusza Panasewicza. To ważne, bo w przypadku tak rozpoznawalnych postaci obsada może albo pomóc uwierzyć w opowieść, albo bezlitośnie przypominać, że oglądamy aktorów odgrywających ludzi, których dobrze znamy ze sceny.
Ciekawy jest wątek znanego tekściarza, Andrzeja Mogielnickiego, który przypomina, że za sukcesem zespołu Lady Pank stało również pisanie tekstów, wyobraźnia i umiejętność uchwycenia języka oraz nastrojów epoki. Mogielnicki jest ważną częścią tej układanki, a filmowe przypomnienie jego roli należy do ciekawszych elementów całej historii.
„Mniej obcy” to film nierówny, ale oczywiście wart obejrzenia. Nie dlatego, że odkrywa przed nami nieznane lądy polskiego rocka, lecz dlatego, że przypomina o czymś znacznie ciekawszym – za muzyką, którą znamy na pamięć, zawsze stoi człowiek, którego wcale nie musimy znać tak dobrze. Szkoda tylko, że film, który miał przybliżyć mi Jana Borysewicza, nie zdołał mnie nim kompletnie zaskoczyć.
Jest w tym filmie coś, co naprawdę mnie zirytowało, to przerysowany, jakby przekalkowany z gotowych klisz PRL-owski anturaż całej historii. Ta epoka nie potrzebuje filmowej cepelii, żeby wyglądać wystarczająco ponuro, groteskowo i absurdalnie. Tutaj jednak chwilami miał wrażenie, że twórcy filmu bardziej starali się odtworzyć wyobrażenie o PRL-u niż pokazać prawdziwy świat, w którym dorastał i zaczynał muzyczną karierę Borysewicz. Zamiast autentyczności dostajemy dekorację, która zbyt nachalnie przypomina nam, w jakich czasach rozgrywa się akcja. Mam tyle lat, że doskonale pamietam te czasy i chyba już nie chcę sobie ich ciągle przypominać. Najciekawsze w tej opowieści jest to, co dzieje się między ludźmi, a nie między meblościanką a peerelowską tapetą.
I tak już zupełnie na koniec. Fajnie jest posłuchać oryginalnych piosenek dawnego Lady Pank wplecionych w fabułę filmu, bo to, co obecnie robi ten zespół pod wodzą Borysewicza (patrz: jubileuszowy koncert podczas tegorocznego Festiwalu w Opolu) jest zupełnie nie do przyjęcia, przynajmniej dla mnie – kogoś, kto w połowie lat 80. dałby się za ten zespół pokroić.
Jacek Bulak © 2026
