Jeszcze kilka lat temu większość Polaków uznałaby za absurd scenariusz, w którym pojedyncza wiadomość wysłana przez nastolatka potrafi sparaliżować pracę szkoły, wywołać sztab kryzysowy, postawić na nogi policję, kuratoria, rodziców i media. Dziś takie sytuacje stają się elementem naszej codzienności. Policja sprawdza dziesiątki zgłoszeń dotyczących rzekomych ataków lub zagrożeń w szkołach, placówki zaostrzają procedury bezpieczeństwa, a państwo przygotowuje kolejne instrukcje reagowania kryzysowego.
Pytanie brzmi: czy rzeczywiście problemem są wyłącznie same incydenty?
Mam wrażenie, że nie.
Dzisiejsze wydarzenia są raczej objawem wieloletniego procesu osłabiania fundamentów społecznych, na których opierało się funkcjonowanie szkoły, rodziny i lokalnej wspólnoty. To nie jest historia o kilku nieodpowiedzialnych uczniach. To historia o społeczeństwie, które przez lata konsekwentnie rozmontowywało własne mechanizmy wychowawcze, a dziś ze zdziwieniem odkrywa skutki swoich decyzji.
Pokolenie wychowane przez Internet
Oczywiście byłoby niesprawiedliwe twierdzenie, że współcześni rodzice nie wychowują dzieci. Tysiące rodzin wykonują wspaniałą pracę wychowawczą. Jednak równie trudno nie zauważyć, że istnieje znacząca grupa dorosłych, którzy stopniowo oddali funkcję wychowawczą smartfonom, mediom społecznościowym i internetowym idolom.
To właśnie tam wielu młodych ludzi poznaje dziś wzorce zachowań społecznych. Nie w domu. Nie w szkole. Nie podczas rozmów z rodzicami. Internet nie uczy odpowiedzialności. Uczy skuteczności. Nie pyta, czy coś jest słuszne. Pyta, czy przyniesie reakcję. Nie premiuje rozwagi. Premiuje zasięgi. Jeśli młody człowiek codziennie obserwuje świat, w którym prowokacja daje popularność, a konsekwencje wydają się odległe lub nieistotne, trudno dziwić się, że zaczyna postrzegać rzeczywistość w podobny sposób.
Jeszcze bardziej niepokoi fakt, że coraz więcej specjalistów zajmujących się wychowaniem podkreśla znaczenie stawiania jasnych granic jako podstawowego warunku prawidłowego rozwoju dziecka. Granice budują poczucie bezpieczeństwa, odpowiedzialność i świadomość konsekwencji własnych działań.
Jeśli granic brakuje, nie pojawia się wolność. Pojawia się chaos.
Odwrócenie naturalnego porządku
Najbardziej niepokojącym skutkiem tego procesu jest odwrócenie tradycyjnych relacji społecznych. Przez dziesięciolecia uczeń mógł nie lubić szkoły, ale wiedział, że szkoła jest instytucją, której należy się respekt. Dzisiaj coraz częściej obserwujemy sytuację odwrotną. To nie uczeń boi się konsekwencji swoich działań. To nauczyciel zastanawia się, jaką reakcję rodzica wywoła każda podjęta decyzja. To wychowawca waży każde słowo. To dyrektor rozważa nie tylko dobro szkoły, ale także ryzyko medialnego lub internetowego konfliktu.
Nie jest przypadkiem, że wielu nauczycieli wskazuje na brak społecznego uznania i niedostateczny szacunek wobec swojego zawodu. Według wyników badania TALIS znacząca część polskich nauczycieli uważa, że ich profesja jest niedoceniana społecznie, a wielu nie odczuwa wsparcia ze strony rodziców czy decydentów. Oto paradoks naszych czasów.
Przez lata odbierano nauczycielom autorytet, ograniczano możliwości oddziaływania wychowawczego, podważano ich kompetencje, a dziś oczekuje się od nich skutecznego rozwiązywania problemów, które wykraczają daleko poza mury szkoły.
Szkoła nie zastąpi rodziny
Jeden z największych błędów współczesnej debaty publicznej polega na przekonaniu, że szkoła jest w stanie naprawić wszystkie deficyty społeczne.
Nie jest.
Nauczyciel może wspierać wychowanie. Nie może go zastąpić. Nie jest możliwe, aby kilkadziesiąt godzin tygodniowo spędzonych w szkole zrekompensowało lata braku zainteresowania, braku konsekwencji lub braku granic w środowisku domowym. Szkoła może korygować. Rodzina kształtuje. Jeżeli ten drugi mechanizm przestaje działać, żadne procedury, monitoringi, kolejne rozporządzenia czy szkolenia nie rozwiążą problemu u źródła.
Niebezpieczna lekcja
W całej obecnej sytuacji jest jeszcze jeden aspekt, o którym mówi się zbyt rzadko. Młodzi ludzie otrzymali bardzo niebezpieczną lekcję. Zobaczyli, jak niewielkim kosztem można zakłócić funkcjonowanie ogromnego systemu społecznego. Niezależnie od tego, czy mówimy o fałszywych alarmach, groźbach czy innych działaniach destabilizujących, efekt jest podobny: wystarczy kilka kliknięć, aby uruchomić reakcję państwa, służb, szkół i mediów.
To doświadczenie pozostanie z nimi na długo.
Społeczeństwo oparte na zaufaniu jest bowiem jednocześnie społeczeństwem stosunkowo łatwym do zakłócenia przez osoby, które przestają respektować wspólne normy.
Strach zamieszkał w szkolnym korytarzu
Mój lęk budzi też, że dla części młodych ludzi samo wywoływanie strachu zaczyna mieć wartość samoistną. W erze mediów społecznościowych uwagę otoczenia można zdobyć nie tylko talentem, wiedzą czy osiągnięciami, ale również szokowaniem, prowokacją i sianiem niepokoju. To, co dla jednych jest traumatycznym doświadczeniem, dla innych bywa źródłem satysfakcji płynącej z poczucia sprawczości i wpływu na otoczenie. W rezultacie rodzi się zjawisko niezwykle groźne społecznie: rodzice coraz częściej przestają obawiać się abstrakcyjnych zagrożeń z zewnątrz, a zaczynają obawiać się niemal każdego dziecka na szkolnym korytarzu. Nie wiedzą bowiem, kto okaże się kolejnym autorem gróźb, kto przyniesie do szkoły niebezpieczne narzędzie, kto zdecyduje się przekroczyć granicę, której przekraczać nie wolno. Pojawia się atmosfera nieufności, w której potencjalnym agresorem może być – zdanie wielu – każdy, a źródłem zagrożenia staje się nie obcy człowiek spoza społeczności, lecz jej własny członek. Jest to jedna z najbardziej destrukcyjnych konsekwencji obecnego kryzysu, ponieważ podważa fundament, na którym opiera się każda wspólnota: podstawowe zaufanie do drugiego człowieka.
Jeśli nie obce służby, to tym gorzej
Jeżeli wierzyć deklaracjom władz i służb, wiele ostatnich zdarzeń nie jest efektem działalności zagranicznych agentur, lecz inicjatywą lokalną, oddolną, podejmowaną przez samych uczniów lub młodych ludzi. I właśnie to powinno niepokoić najbardziej. Gdy za destabilizacją stoi obce państwo, mamy do czynienia z wrogiem zewnętrznym. Gdy za destabilizacją stoją własne dzieci, mamy do czynienia z kryzysem wewnętrznym. A kryzysy wewnętrzne są zawsze trudniejsze do rozwiązania.
To nie wzięło się znikąd
Oczywiście wszystkie te uwagi są generalizacją. Większości rodziców nie można zarzucić braku troski o dzieci. Większości uczniów nie można oskarżyć o demoralizację. Większość młodzieży nigdy nie pomyślałaby o działaniach wymierzonych w bezpieczeństwo szkoły.
Ale jednocześnie obecna sytuacja daje nam moralne prawo do stwierdzenia, że istnieje grupa wystarczająco liczna, aby wywoływać skutki odczuwalne przez całe społeczeństwo.
To nie wzięło się znikąd.
To rezultat lat przyzwolenia na podważanie autorytetów, relatywizowanie norm, osłabianie prestiżu szkoły, lekceważenie wychowania i przekonania, że granice są przeżytkiem minionych epok. Dzisiaj oglądamy rachunek wystawiony za te decyzje.
Powrót do normalności
Mam jednak przekonanie, że obecny kryzys nie będzie trwał wiecznie. Społeczeństwa mają zdolność do odzyskiwania równowagi. Historia wielokrotnie pokazywała, że po okresach skrajnego rozluźnienia norm przychodzi czas odbudowy autorytetów i zasad.
Pytanie brzmi jedynie, jaką cenę będziemy musieli za tę lekcję zapłacić.
Bo odbudowanie monitoringu jest stosunkowo łatwe. Napisanie nowych procedur również. Znacznie trudniej odbudować autorytet nauczyciela. Jeszcze trudniej przywrócić rodzicom odwagę stawiania granic. A najtrudniej odzyskać społeczne przekonanie, że wolność bez odpowiedzialności nie jest wolnością, lecz drogą do chaosu. I właśnie dlatego dzisiejsza dyskusja o bezpieczeństwie w szkołach nie jest w gruncie rzeczy dyskusją o szkołach.
To dyskusja o stanie całego społeczeństwa.
Robert Majewski © 2026
Ilustrację do tego felietonu wygenerowała sztuczna inteligencja.
