Po każdym wyjściu od taty scenariusz jest taki sam. Pospiesznie idę na parking, wsiadam do auta i dłuższą chwilę siedzę w ciszy z trudem powstrzymując łzy. To jest dość irytujące, bo przecież wszystko jest tak, jak powinno być.
Tata ma 95 lat, jest tymczasowo w nowoczesnym, nowo oddanym do użytku ośrodku opiekuńczo – leczniczym, jest czysty, nakarmiony, zadbany, ma lekarza, pielęgniarki i opiekę. Nie musi martwić się zakupami, ogrodem, wymagającym remontu płotem i rachunkami za gaz czy prąd ani tym, czy jutro będzie miał siłę wstać z łóżka. Mówiąc językiem naszych czasów — ma zapewniony komfort. Brakuje tylko kilku „drobiazgów” – młodości, zdrowia, domu, samodzielności i ludzi, z którymi przez dziesiątki lat żył, a których części już nie ma na tym świecie. Poza tym wszystko jest świetnie.
Tak właśnie próbujemy sobie tłumaczyć starość – liczbami, procedurami i słowem „opieka”. Jakby człowiek pod koniec życia był trochę bardziej skomplikowanym przypadkiem medycznym, a nie człowiekiem, który pamięta czasy, kiedy telefon miał kabel, telewizor dwa programy, a przyszłość wydawała się nieskończenie długa.
Kiedy wychodzę od taty, on odprowadza mnie wzrokiem do drzwi. I wtedy cała ta filozofia komfortu bierze w łeb. Nie widzę już „pensjonariusza”. Widzę mojego ojca — człowieka, który kiedyś był silniejszy ode mnie, podejmował decyzje, załatwiał sprawy, wiedział, jak naprawić różne rzeczy. Człowieka, do którego można było powiedzieć: „Tato, mam problem”. Teraz to ja mówię: „Tato, wszystko dobrze?”, „Jak spałeś?”, „Jadłeś obiad?”. I to jest chyba jeden z najbardziej bezczelnych żartów starości – role się odwracają, tylko nikt nie pyta nas, czy mamy na to ochotę, czy się na to godzimy.
Przez całe życie starość wydaje się czymś, co przytrafia się innym. Starszym, obcym, ludziom z nekrologów. Aż pewnego dnia ktoś mówi: „To było trzydzieści lat temu” i człowiek przez chwilę myśli, że ktoś się pomylił. Nie pomylił się. To my się przesunęliśmy. Czas zrobił swoje po cichu. I nagle okazuje się, że najbardziej niepokojące w starzeniu nie są zmarszczki ani siwe włosy. Najgorsze jest to, że coraz więcej rzeczy staje się ostatnimi – ostatni wspólny wyjazd, ostatni telefon, ostatnie święta, ostatnia rozmowa, ostatnie „cześć”. Tylko że kiedy coś robimy po raz ostatni, prawie nigdy o tym nie wiemy.
Może dlatego spojrzenie taty, kiedy wychodzę, tak bardzo mnie rozbraja. Nie wiem, które z tych wyjść będzie ostatnim. On też tego nie wie. I właśnie na tym polega samotność. Nie na tym, że w pokoju nikogo nie ma, lecz na świadomości, że coraz mniej osób zostało, które mogą powiedzieć: „Pamiętam cię”. Pamiętam cię młodego, silnego, zanim zaczęło cię boleć, zanim świat zaczął cię powoli odkładać na półkę z napisem „starszy człowiek”.
A przecież za chwilę ktoś może zacząć pamiętać tak mnie. I tu pojawia się najgorsza wiadomość – nie ma instrukcji obsługi starości, reklamacji ani wersji premium. Nie da się dokupić dodatkowych lat. Można najwyżej udawać, że mamy jeszcze mnóstwo czasu. I pewnie będziemy udawać tak długo, jak się da. Człowiek jest przecież dziwnie skonstruowany – wie, że umrze, a mimo to kupuje bilet na koncert za pół roku. I może właśnie na tym polega życie — nie na tym, żeby zapomnieć, że się skończy, tylko żeby mimo tej wiedzy nadal mieć ochotę kupić ten bilet.
Dlatego wychodzę od taty, zamykają się drzwi i znowu chce mi się płakać. Następnym razem może jednak nie odwrócę wzroku. Zatrzymam się na chwilę. Bo pewnego dnia będę chciał oddać bardzo dużo za jeszcze jedno takie spojrzenie. I wtedy nie będzie już komu powiedzieć: „Część, tato”. Dlatego mówię to teraz, dopóki jeszcze mogę.
Bo starość ma jedną wyjątkowo paskudną cechę – zawsze przychodzi do nas, naszych najbliższych za późno i nie daje nam czasu, żebyśmy mogli się do niej naprawdę przygotować.
Jacek Bulak © 2026
