Pomimo nowoczesnej architektury ze stali i szkła i otwartych, płynnych przestrzeni, typowych dla współczesnych centrów wystawienniczych, w ich wnętrzach nadal nie brakuje ścian, ale gdybyśmy chcieli ozdobić te powierzchnie obiektami do oglądania, to bardzo trudno byłoby nam znaleźć (choć nie jest to niemożliwe) medium, które dorównywałoby zmysłowej sile oddziaływania i złożonemu zaangażowaniu intelektualnemu i emocjonalnemu, jakie zapewnia sugestywny obraz – niezależnie od problematycznego, kompromitującego bagażu historycznego, który ten artefakt wnosi do nieskazitelnej architektury, a może właśnie dlatego, że dźwiga ten ciężar.
Podczas lektury tej książki (wydanej przez Wydawnictwo Smak Słowa w tłumaczeniu Agnieszka Nowak-Młynikowskiej) mogą przyjść na myśl słowa Marka Twaina, jakoby wiadomości o jego śmierci były mocno przesadzone. Śmierć malarstwa bowiem ogłaszana była wielokrotnie; a jednak ta forma opowieści trzyma się mocno, jak Chińcyki z „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego. I dobrze, bo człowiek potrzebuje opowieści podawanej w różnorodnej formie.
To kolejna książka z eseistyczno-ilustrowanej serii „Miniatury o sztuce”. W 2024 roku zapoczątkowała ją publikacja „O Ciele”, w której Linda Nochlin pochyla się nad różnymi podejściami do tego samego dzieła. Następnie ukazały się „O Freskach”, gdzie Ernst Hans Josef Gombrich pisze o uważności i odmiennym postrzeganiu jedności i przestrzeni, i „O Gauguinie” – tam Griselda Pollock rzuca więcej światła m.in. na Tahitankę, którą malarsko uwieczniał tytułowy twórca utalentowany i życiowo kontrowersyjny. Natomiast w wydanym na początku 2026 roku eseju „O Autoportrecie” James Hall choćby szuka odpowiedzi na pytanie, czy autoportret rzeczywiście może pozwolić zajrzeć w głąb duszy osoby, którą przedstawia.
Już ta seria jest namacalnym dowodem, że o malarstwie chce się pisać i mówić, również dzięki temu ono żyje. A przecież jego zgon, jak podkreśla Julian Bell, wieszczył na przykład rosyjski malarz Aleksander Rodczenko w 1921 roku – kiedy przyznał, że zredukował malarstwo „do jego logicznej konkluzji” i wystawił „trzy płótna: czerwone, niebieskie i żółte”, po czym stwierdził, że „to koniec”. Irlandczyk Francis Bacon z kolei był zdania, że skoro według niego Bóg umarł, to „nie można już przedstawiać ludzi z religijnym przekonaniem, jakie cechowało Velázqueza”; że malarstwo zostało „zepchnięte do narożnika”, sztuka stała się wyłącznie grą. Ba, już Platon podkreślał, że malarze rozpraszają uwagę „tworzonymi przez siebie wizerunkami, naśladującymi wygląd rzeczywistości.
Tymczasem wygląd rzeczy sam w sobie jest marnym odbiciem ich prawdziwej natury”. I tak dalej. Malarstwo jednak trwa, bo miało i ma też swoich obrońców. Choćby w osobie Arystotelesa; ten gigant filozofii zaznaczał, że człowiek tworzy w dążeniu do wiedzy, „wchodząc” na przykład w obraz, by go zrozumieć.
Bell w swoim eseju stara się dowieść, że obrazy przyciągają swoim przekazem, sugestywnością, i tym, że po prostu mogą się komuś wydać interesujące. Uwodzić, umożliwiać analizę i „rekonstruowanie wszelkich zjawisk widzialnych” – przez co malarstwo według Leonarda da Vinci ma być „najważniejszym przejawem godności intelektualnej gatunku ludzkiego”. Mija czas, zmieniają się epoki i mody na to, co w obrazie ma szczególne znaczenie (Bell pisze na przykład o Wassilim Kandinskym i autonomii kolorów) – a „maźnięcia i kleksy koloru” mogą oddziaływać, być rodzajem interakcji, kreatywnej komunikacji między osobą oglądającą i dziełem. Autor przy tym cytuje niemieckiego artystę Gerharda Richtera, według którego obraz „jawi się jako coś niepoddającego się kontroli, nielogicznego i pozbawionego znaczenia. Ukazuje nieskończoną mnogość aspektów. Odbiera nam pewność, gdyż pozbawia rzecz jej znaczenia i nazwy”.
Pozostaje nam więc stawać przed obrazem, otwierać oczy i pozwalać im błądzić po dziele. Oby jak najczęściej patrzeć na nie z fascynacją.
Osobista ekspresja w istocie otworzyła świat malarstwa, jaki dzisiaj znamy – cały jego repertuar barw, faktur i form wyrósł z tego etosu. To on leży u podstaw rozpowszechnionej intuicji, że jeśli dzisiejsze malarstwo spełnia jakąś funkcję społeczną, to polega ona na zapewnianiu terapii i wytchnienia od fragmentaryczności i zniekształceń współczesnego życia. Dzięki koncentracji na płaskich powierzchniach i na przyjemności płynącej z zabawy pigmentami i narzędziami artystycznymi, osoby zranione i rozbite mogą odnaleźć pewną całość poprzez twórczą ekspresję.
Rafał Kowalski © 2026
Julian Bell, O malarstwie, tłumaczenie Agnieszka Nowak-Młynikowska, Wydawnictwo Smak Słowa, Sopot 2026, ss. 116
