Live at Ronnie Scott’s
Lee Ritenour
Artone Labels Group/The Players Club 2026, TT: 76’00”

Najnowszy album Lee Rtenoura – „Live at Ronnie Scott’s”, który właśnie został wydany, to coś więcej niż standardowy przegląd dorobku jednego z najważniejszych gitarzystów fusion jazzu.

Urodzony w Los Angeles Lee Ritenour należy do grona najważniejszych gitarzystów współczesnego jazzu. Karierę rozpoczął jako nastolatek — już w wieku 16 lat nagrywał z zespołem The Mamas & the Papas. Szybko zyskał przydomek „Captain Fingers”, nawiązujący do jego niezwykłej techniki i błyskotliwej gry. Jako muzyk sesyjny współpracował z takimi artystami jak Pink Floyd, Steely Dan, Frank Sinatra, B.B. King i Quincy Jones, a jego dorobek obejmuje tysiące nagrań. Równolegle rozwijał karierę solową, łącząc jazz, fusion, funk, pop i muzykę brazylijską. Ważnym rozdziałem jego działalności była współpraca z pianistą Dave’em Grusinem oraz udział w supergrupie Fourplay, którą współtworzył na początku lat 90. Za album „Harlequin”, nagrany z Grusinem, otrzymał nagrodę Grammy.

Lee Ritenour zabiera nas tym razem do awangardowego londyńskiego klubu jazzowego – „Ronnie Scott’s”, w którym jazz nie musi trzymać się jednej definicji. To miejsce idealne dla muzyka, który przez blisko sześć dekad swobodnie przemieszczał się między jazzem, funkiem, popem i brazylijskimi rytmami. Tutaj nie chodzi o odtwarzanie dawnych nagrań nuta w nutę, lecz o sprawdzenie, co można z nich jeszcze wydobyć.

W repertuarze koncertu znalazły się zarówno utwory kojarzone z jego klasycznym okresem, jak „Captain Fingers” i „A Little Bumpin’”, jak i kompozycje brazylijskie oraz „Stone Flower” Antônio Carlosa Jobima. Szczególnie interesująco zapowiada się nowa interpretacja „Is It You?” – przeboju z albumu „Rit” z 1981 roku. Zamiast odkurzać dawny hit i liczyć na sentyment publiczności, Ritenour nadaje mu łagodniejszy, brazylijski puls. Pomagają mu w tym wokaliści Munir Hossn i Tatiana Parra, których naturalna ekspresja zmienia dobrze znaną piosenkę w coś świeżego.

Bezsprzecznym atutem tej sesji jest skład zespołu. Obok Ritenoura grają klawiszowiec Giorgi Mikadze, basista i wokalista Munir Hossn, mistrz harmonijki Grégoire Maret oraz perkusista Wes Ritenour, syn lidera. To nie jest przypadkowo zebrana ekipa wynajęta do obsługi nostalgicznego tournée. Muzycy od kilku lat regularnie ze sobą grają, dzięki czemu mogą pozwolić sobie na swobodę, wzajemne reakcje i aranżacyjne niespodzianki.

Najciekawsze w tym projekcie jest jednak podejście do własnej legendy. 74-letni dziś Lee Ritenour nie musi już nikomu udowadniać, że potrafi grać. Jego technika, melodyjność i charakterystyczne wyczucie rytmu od dawna stanowią znak firmowy. Pytanie brzmi raczej, czy po tylu latach można jeszcze odnaleźć w dobrze znanych kompozycjach coś, co nie jest wyłącznie wspomnieniem. Pomysł na „Live at Ronnie Scott’s” daje jednoznaczną odpowiedź: zdecydowanie tak!

Album „Live at Ronnie Scott’s” przypomina, że prawdziwa klasa nie polega na tym, by wiedzieć, kiedy zostawić przestrzeń muzyce, kiedy pozwolić zespołowi przejąć inicjatywę i jak sprawić, żeby stary utwór znów miał coś do powiedzenia.

Najlepszym dowodem na to, że muzyka się nie starzeje, nie jest fakt, że pamiętamy ją sprzed czterdziestu lat. Jest nim to, że wciąż potrafi zabrzmieć tak, jakbyśmy słyszeli ją po raz pierwszy.

Najnowszy album Lee Ritenoura – „Live at Ronnie Scott’s” polecam zdecydowanie.

Jacek Bulak © 2026

Płyty można posłuchać w serwisie Apple Music.