Wcale nie niepokoi mnie to, że żyjemy szybciej. Ani to, że krzyczymy głośniej. Nawet nie to, że coraz częściej mylimy popularność z autorytetem, a emocję z argumentem. Niepokoi mnie coś innego: utrata zdolności odróżniania tego, co wartościowe, od tego, co wartości nie ma.
Cywilizacja nigdy nie rozpada się od zewnątrz. Najpierw pęka od środka. W chwili, gdy przestaje wierzyć w prawdę, dobro i piękno, zaczyna żyć wyłącznie użytecznością. Kultura zamienia się w rozrywkę, edukacja w procedurę, rozmowa w wymianę sloganów. Człowiek otacza się coraz większą liczbą rzeczy, a jednocześnie coraz rzadziej spotyka drugiego człowieka.
To właśnie dlatego sztuka dawna nie jest dziś luksusem ani ekscentrycznym hobby dla garstki melomanów. Staje się koniecznością. Formą obrony. Ostatnim schronieniem wolności.
Wielu uważa, że dawna muzyka, literatura czy architektura należą do przeszłości. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. To nie one się zestarzały. Zestarzał się świat, który uwierzył, że może bez nich istnieć.
Przypomina mi się finał Anioła zagłady Luisa Buñuela. Grupa ludzi, wykształconych, bogatych, eleganckich, kulturalnych, nie potrafi opuścić salonu. Nie dlatego, że drzwi są zamknięte. Nie dlatego, że ktoś ich więzi. Są uwięzieni we własnym stanie ducha, w niewidzialnej blokadzie, której nie umieją ani nazwać, ani przezwyciężyć. Im bardziej próbują się uwolnić, tym głębiej pogrążają się w chaosie, agresji, wzajemnej niechęci i degradacji.
Czy nie jest to obraz zdumiewająco współczesny?
Mamy niespotykane wcześniej możliwości komunikowania się, a coraz mniej prawdziwej komunikacji. Mamy nieograniczony dostęp do informacji, a coraz większe trudności z myśleniem. Mamy tysiące kanałów ekspresji i coraz mniej rzeczy do powiedzenia.
Jesteśmy społeczeństwem, które coraz częściej przypomina bohaterów Buñuela: zamkniętym w pomieszczeniu bez ścian.
Najbardziej przejmujące jest jednak to, w jaki sposób filmowi bohaterowie odzyskują możliwość wyjścia. Nie dzięki polityce. Nie dzięki nauce. Nie dzięki społecznej reorganizacji. Ratunek przychodzi wraz z powrotem do utraconego ładu.
Trzeba odtworzyć właściwy porządek rzeczy. Przypomnieć sobie, jak było na początku. Powrócić do formy. I wtedy rozlega się ponownie – jak na początku filmu – Sonata nr 6 Pietra Domenica Paradisiego.
Nie przypadkiem właśnie muzyka staje się kluczem. Nie przypadkiem właśnie dzieło dawnego mistrza porządkuje rozbity świat. Muzyka okazuje się czymś znacznie ważniejszym niż estetyczną przyjemnością. Jest nośnikiem harmonii, którą człowiek utracił. Przypomnieniem, że istnieje rzeczywistość niepodlegająca modom, ideologiom i zbiorowym histeriom.
Dawna sonata nie jest w tej scenie ozdobą. Jest odpowiedzią. Kiedy słuchamy wielkiej muzyki, obcujemy z czymś, czego współczesny świat nie znosi: z doskonałością. Nie perfekcją techniczną, lecz doskonałością rozumianą jako zgodność części z całością, formy z treścią, piękna z prawdą.
A przecież właśnie przeciwko temu buntuje się dzisiejsza kultura. Woli prowizoryczność od trwałości. Doraźność od tradycji. Krzyk od proporcji. Dlatego obrona sztuki dawnej staje się dziś zadaniem niemal politycznym, choć całkowicie apolitycznym. Jest obroną samej idei człowieczeństwa.
Bo czym właściwie jest wolność? Czy możliwością powiedzenia wszystkiego? Czy raczej zdolnością odróżnienia rzeczy ważnych od nieważnych?
Jeżeli prawdziwa jest ta druga odpowiedź, to Bach, Palestrina, Monteverdi, Mozart, Paradisi czy wielcy architekci minionych epok są naszymi sprzymierzeńcami w walce o wolność bardziej niż niejeden współczesny ideolog. Oni przypominają coś, o czym niemal zapomnieliśmy: że człowiek nie staje się większy przez nieograniczoną swobodę, lecz przez podporządkowanie się wyższemu porządkowi wartości.
Problem polega na tym, że coraz mniej osób chce tego słuchać.
Instytucje kultury zajęte są często pogonią za frekwencją. Edukacja walczy z kolejnymi kryzysami. Media żyją logiką natychmiastowości. Tradycja traktowana jest jak magazyn osobliwości, do którego zagląda się od święta.
Kto dzisiaj naprawdę dba o przekazywanie wielkiego dziedzictwa? Kto uważa je jeszcze za sprawę życia społecznego, a nie wyłącznie prywatnego gustu? I najważniejsze: kto jeszcze rozumie, po co ono istnieje?
Być może właśnie dlatego finałowa Sonata Paradisiego brzmi tak przejmująco. Nie tylko dlatego, że otwiera drzwi bohaterom filmu. Także dlatego, że przypomina nam o drzwiach, które sami zamknęliśmy. Drzwiach prowadzących do świata, w którym piękno nie jest dodatkiem do życia, ale warunkiem jego sensu.
Jeżeli istnieje dziś jakaś droga ratunku przed społecznym ogłupieniem, przed brutalizacją języka, przed duchową bylejakością i zbiorową histerią, to biegnie ona właśnie tamtędy. Przez muzykę. Przez tradycję. Przez sztukę. Przez odwagę uznania, że nie wszystko, co nowe, jest lepsze, i że czasami jedyną drogą naprzód jest powrót do tego, co było prawdziwe od samego początku.
Robert Majewski © 2026
Fot. Kadr z filmu Anioł zagłady w reżyserii Luisa Buñuela.
