I być może ta Sarit też kiedyś uwierzyła, że zapach świeżo malowanych ścian i biel gładkiego marmuru w lobby pomogą jej zacząć nowe życie, a wówczas zobaczyła z balkonu Rumi wracającą w dresie z Aromy i nagle z tej wysokiej perspektywy wydało jej się, że Rumi jest szczęśliwa i w idealnym związku, dokładnie jak te dwa kubki kawy, które niosła do domu. I Sarit już po prostu nie mogła dłużej, i skoczyła, żeby jej to wszystko zburzyć. Tak jak ona sama pałała teraz pragnieniem roztrzaskania się na tej hałaśliwej zakochanej parze pojękującej tam na dole i odebrania im wszelkiej ochoty.
Izraelsko-polski pisarz Etgar Keret wraca z kolejnym zbiorem swoich opowiadań (wydanym przez Wydawnictwo AGORA w tłumaczeniu Agnieszka Maciejowska). I znów chce przekonać, że w życiu najbardziej niezwykłe bywają sytuacje zwyczajne; że coś znajomo przyziemnego może być obecne nawet w zaświatach i podczas spotkania z kosmitami.
Tradycją u tego pisarza jest przerost jakości nad ilością. Dość powiedzieć, że jedno z najbardziej pomysłowych opowiadań w „Autokorekcie” – o pokazie filmowym trwającym siedemdziesiąt trzy lata – ma zaledwie dwie strony. Keret udowadnia, że w krótkiej formie można zawrzeć palące sytuacje związane z globalną polityką, i te, które rozgrywają się w domowych czterech ścianach.
W kontekście tych pierwszych stawia na czytelne aluzje. Jak wtedy, kiedy kilku chłopców wybiera się do dzielnicy arabskiej, by zemścić się za śmierć zwierzęcia; o najbardziej krewkim z nich można przeczytać, że zna dobrze tę dzielnicę, bo przychodzi tu jeść danie dla niego najsmaczniejsze i najtańsze. W innym opowiadaniu daje się wyczuć ironię, kiedy jeden z bohaterów stara się przypomnieć sobie coś śmiesznego, co dotyczy pokoju na Bliskim Wschodzie. Jest też coś o porwaniu („Tego świątecznego dnia licznych członków jego narodu zamordowano, a innych porwano o świcie z łóżek i wywieziono do miasta wroga”). W jeszcze innym miejscu tej książki można poznać żołnierza, dla którego najważniejsza zdaje się być własna matka tracąca pamięć.
Dla Kereta bowiem, wygląda na to, największe znaczenie ma to, by w obliczu upływającego czasu i ewentualnej katastrofy (wywołaną na przykład przez zbliżającą się asteroidę i kogoś z wyraźnym zamiarem samobójczym) nie przeoczyć tego, co istotne w relacji z drugim człowiekiem. Tak jest w przypadku mężczyzny, który ubóstwia kobietę i jednocześnie ucieka od perspektywy stałego związku z nią („On najwyraźniej ją kochał, tylko ją jedną, a zarazem obawiał się, że bez jakiejś wyimaginowanej Gondoli żeglującej na horyzoncie będą ze sobą splątani 24/7 i zawłaszczą nawzajem swoje dusze”). Inna postać ma kilka szans, by naprawić swoją relację z własnym ojcem. Pisarz daje do zrozumienia, że do wykonania pewnych gestów naprawdę nie trzeba nadnaturalnych mocy, na przykład w kontekście zagadania do ładnej dziewczyny.
Etgar Keret umie przestraszyć, rozśmieszyć, rzucić więcej światła na takie szczegóły, jak dłoń babci pełna zmarszczek. I podkreślić, że nieważne, czy pojawią się kosmici i spotka się Boga z aniołem; czy przesunie się dom, otworzy się wirtualna rzeczywistość, będzie miało się do czynienia z wehikułem czasu albo ze sztuczną inteligencją – najważniejsze wydaje się mieć obok siebie choć jedną prawdziwą osobę, z którą w odpowiedniej sytuacji wspólnie otworzy się spadochron.
I wtedy matka Noama zaczęła bezgłośnie płakać, a ojciec podszedł i ją przytulił. Byli rozwiedzeni już jakieś dwieście lat. Noam kiedyś mi opowiadał, że od urodzenia nie pamięta, żeby widział matkę i ojca w jednej przestrzeni, choćby na zdjęciu. Kiedy był dzieckiem, próbował jakiegoś poszukać, ale ojciec nie miał albumów, a matka starannie wycięła ojca ze wszystkich zachowanych fotografii. Nawet tych ślubnych.
Rafał Kowalski © 2026
Etgar Keret, Autokorekta, tłumaczenie Agnieszka Maciejowska, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2026, ss. 208
