Tekst może wydać się zbyt długi, ale pomyślałem, że przecież kieruję go do ludzi, którzy czytają więcej, niż tylko nagłówki.

Festiwal bardziej dla literaturoznawców niż czytelników? Kilka refleksji po lekturze programu tegorocznej XII edycji Stolicy Języka Polskiego w Szczebrzeszynie.

Kiedy 11 lat temu po raz pierwszy trafiłem na Festiwal Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie (w pierwszej edycji nie miałem możliwości uczestniczyć), pomyślałem, że moje rodzinne miasto dostało coś wyjątkowego. Miejsce, które przez lata kojarzyło się przede wszystkim z chrząszczem i wierszem Jana Brzechwy, nagle zaczęło przyciągać pisarzy, poetów i czytelników z całej Polski.

Przez lata Festiwal stał się jednym z tych wydarzeń, na które jedzie się nie tylko dla książek, ale także dla atmosfery – rozmów prowadzonych pod drzewami, nad brzegiem rzeki, spotkań z ulubionymi autorami, przypadkowych dyskusji w kawiarniach i poczucia, że przez kilka dni literatura staje się czymś żywym i ważnym. Dlatego z dużym zainteresowaniem sięgnąłem po program tegorocznej edycji.

Pierwsze wrażenie? Trudno mi się oprzeć wrażeniu, że będzie to inny Festiwal niż ten, do którego przyzwyczailiśmy się przez ostatnie lata. Zresztą już ubiegłoroczna edycja również przyniosła pewną zmianę.

Nie chodzi o to, że program jest słaby. Wręcz przeciwnie – trudno odmówić mu jakości. Problem polega na tym, że jest skierowany do nieco innego odbiorcy. Jeszcze kilka lat temu można było odnieść wrażenie, że organizatorzy starają się budować pomost między światem akademickim a zwykłym czytelnikiem. W tym roku wahadło wyraźnie wychyliło się w stronę środowiska literackiego i Festiwal staje się wydarzeniem bardziej branżowym.

Przeglądając kolejne punkty programu, można zauważyć, że dominują spotkania z badaczami literatury, historykami, tłumaczami, redaktorami i specjalistami zajmującymi się twórczością patrona tegorocznej edycji – Władysława Broniewskiego. To bez wątpienia będą wartościowe rozmowy, ale jednocześnie wymagające od uczestników większego przygotowania i zainteresowania historią literatury.

Tymczasem przeciętny uczestnik festiwalu, a sam jestem w tym gronie, przyjeżdża do Szczebrzeszyna z innymi oczekiwaniami. Chce usiąść kilkanaście metrów od swojego ulubionego pisarza, posłuchać rozmowy z autorem książki, którą właśnie przeczytał, spotkać znanych krytyków literackich czy dziennikarzy kulturalnych. Lubi, gdy literatura staje się punktem wyjścia do rozmowy o świecie, a nie wyłącznie przedmiotem naukowej analizy.

W poprzednich latach właśnie ta równowaga była jedną z największych zalet festiwalu. Obok rozmów o klasyce można było spotkać autorów najgłośniejszych premier, reporterów, eseistów, ludzi filmu czy muzyki. Dzięki temu program przyciągał zarówno osoby zawodowo związane z literaturą, jak i tych, którzy po prostu lubią czytać.

Najbardziej lubiłem te momenty, kiedy po zakończeniu oficjalnego spotkania ludzie jeszcze długo zostawali w miasteczku festiwalowym albo przenosili rozmowy do pobliskich restauracji. Ktoś polecał komuś autora, ktoś wracał do dyskusji sprzed godziny. Wtedy literatura przestawała być wydarzeniem – stawała się wspólnym przeżyciem.

Tegoroczna edycja sprawia wrażenie bardziej hermetycznej. Oczywiście nie zabraknie znakomitych gości, ale lista nazwisk wydaje się mniej rozpoznawalna dla szerokiego grona odbiorców niż w poprzednich latach. Szkoda również, że trudniej znaleźć w programie rozmowy prowadzone przez najbardziej rozpoznawalnych dziennikarzy kulturalnych i krytyków literackich. To właśnie oni często potrafią zadawać pytania bliskie zwykłym czytelnikom i sprawiać, że nawet trudne tematy stają się przystępne.

Nie oznacza to, że tegoroczny festiwal będzie nieudany. Osoby zainteresowane historią literatury, poezją czy twórczością Władysława Broniewskiego zapewne będą usatysfakcjonowane. Program jest spójny i ambitny. Pytanie tylko, czy nie odbyło się to kosztem różnorodności, która przez lata była jednym z największych atutów Stolicy Języka Polskiego.

Siłą szczebrzeszyńskiego Festiwalu zawsze było spotkanie dwóch światów – profesjonalistów i zwykłych czytelników. To dzięki tej równowadze można było jednego dnia wysłuchać znakomitego wykładu o literaturze, a następnego porozmawiać z autorem bestsellerowej powieści, reporterem czy popularnym dziennikarzem.

Nie sposób spojrzeć na Festiwal wyłącznie przez pryzmat programu literackiego. Od lat pełni on również rolę jednego z najważniejszych wydarzeń promujących Szczebrzeszyn i całe Roztocze. Dla wielu osób był pierwszym impulsem, aby odwiedzić miasto rozsławione chrząszczem z wiersza Jana Brzechwy. Przyjeżdżali na spotkania z pisarzami, zostawali na kilka dni, korzystali z lokalnych restauracji, noclegów i atrakcji regionu. Literatura stała się skutecznym narzędziem promocji turystycznej.

Jeżeli program coraz wyraźniej kierowany będzie do wąskiego grona specjalistów, istnieje ryzyko ograniczenia zainteresowania szerszej publiczności. Czytelnik, który nie znajdzie w programie znanych autorów, reporterów, krytyków czy dziennikarzy, może uznać, że Festiwal nie jest wydarzeniem dla niego. To nie tylko kwestia frekwencji, ale również promocji miasta. Największą siłę mają bowiem wydarzenia, które łączą wysoki poziom merytoryczny z atrakcyjnością dla szerokiego grona odbiorców.

Ambicja i wysoki poziom nie muszą wykluczać otwartości. Największym sukcesem Stolicy Języka Polskiego zawsze było to, że potrafiła zainteresować literaturą również tych, którzy nie zajmują się nią zawodowo. Zachowanie tej równowagi jest kluczowe zarówno dla przyszłości Festiwalu, jak i dla jego roli jako jednej z najważniejszych wizytówek Szczebrzeszyna.

Mam nadzieję, że tegoroczna edycja okaże się jedynie próbą nowego rozłożenia akcentów, a nie trwałą zmianą charakteru Festiwalu. Bo Stolica Języka Polskiego zawsze była miejscem otwartym – takim, do którego z równą przyjemnością przyjeżdżał profesor literatury i czytelnik, który po prostu kocha książki.

Jestem rodowitym mieszkańcem Szczebrzeszyna, choć od ponad dwudziestu lat mieszkam i pracuję poza rodzinnym miastem. Tu chodziłem do szkoły podstawowej i liceum, tu żyją moi rodzice i bliscy znajomi, tu jest mój prawdziwy dom. Być może właśnie dlatego z jeszcze większą satysfakcją obserwuję, jak każdego lata nazwa Szczebrzeszyn pojawia się w ogólnopolskich mediach i kalendarzach najważniejszych wydarzeń kulturalnych w Polsce. To powód do prawdziwej dumy.

Moje uwagi nie wynikają z krytyki samego festiwalu, lecz z przekonania, że jego największą siłą zawsze była umiejętność łączenia wysokiego poziomu z otwartością na szerokie grono czytelników. Niezależnie jednak od tego, w jakim kierunku będzie ewoluowała jego formuła, jedno pozostaje dla mnie niezmienne – jak co roku będę planował swój urlop tak, aby choć przez kilka dni być w Szczebrzeszynie podczas Festiwalu Stolicy Języka Polskiego.

Bo to wydarzenie jest dziś nie tylko świętem literatury, ale także pięknym symbolem mojego rodzinnego miasta. I z tego, że właśnie tutaj od dwunastu lat spotykają się ludzie kochający książki i język, pozostanę dumny zawsze.

I już na koniec…Może to tylko drobiazg, ale kiedy zobaczyłem, że z fasady dawnej, obecnie remontowanej szkoły zawodowej zniknął napis „Cała nadzieja w literaturze”, poczułem pewien niepokój. Wiem, że jeden napis nie decyduje o przyszłości Festiwalu. Ale czasami symbole mają znaczenie. Ten był wyjątkowo trafny – mówił dokładnie to, czym przez lata był Szczebrzeszyn w sierpniu.

Jacek Bulak © 2026