Jest najstarsza i pewnie była kumą całej wsi. Ściska notes-słowniczek (…) Od pięćdziesięciu lat kobieta zapisuje na lewej połówce noworodki – imię, data i krótka notatka. Bonczo – 5 maja 1965, marny, ale będzie żył. Dimczo – dokładnie na Świętego Dymitra, tfu, ale gruby, z dołeczkami. W prawe kolumnie tak samo sumiennie spisane są imiona zmarłych z drobnym komentarzem. Dziadek Wanczo przystojniak – nadal przystojny, wyciągnięty jak świeca, lekko uśmiechnięty z jednej strony. (…) potem stopniowo lewe pole robi się puste, a prawe staje się coraz gęściej zapisane. I notes zamienia się w księgę umarłych.

Georgi Gospodinov, przede wszystkim twórca powieści – na przykład „Fizyki smutku”, gdzie mocno stawia na nostalgię, szukanie siebie i własnego dziadka; również „Ogrodnika i śmierci”, w której obecny jest jego ojciec i mierzenie się Autora z jego odchodzeniem – tym razem próbuje sił jako Autor zbioru niedługich opowiadań (trzy te książki wydało Wydawnictwo Literackie w tłumaczeniu Magdaleny Magda Pytlak). Mimo że niektóre z nich mają ledwie kilka stron, bułgarskiemu pisarzowi udaje się w nich zmieścić humor, szukanie bliskości, przywiązanie do kogoś i czegoś, spełnienie w niespełnieniu nie tylko w Lizbonie.

W jednym z tych opowiadań przedstawiciel ekipy, która we wsi tworzy film z udziałem miejscowych mieszkańców, słucha ich i denerwuje się, że nie zabrał niczego do notowania. Wątek tworzenia opowieści i szukania inspiracji do nich przewija się przez całą tę książkę. Jeden z jej bohaterów kupuje gazetę pszczelarską i ukrywa się w kawiarni, by polować na historie. Inny przyznaje, że nie zdążył wypytać swojej babci, która w swojej mowie używała słów z języka praindoeuropejskiego, na przykład w relacji z pszczołami… W „Księżycu…” opowieści niosą nie tylko ludzie, ale też akordeon, list na stole, dźwięki na cmentarzu, kiedy na przykład „kroki w suchej trawie i cienkie bzyczenie polnych muszek” przywodzą na myśl dawne spacery z babcią w tym miejscu.

W tych tekstach, choć każdy z nich niesie inną opowieść w czasie i przestrzeni, niekiedy pojawia się wątek tych samych postaci, jak Gaustyna i osoby strzelającej do telewizorów. Bohaterowie tej książki przeżywają sytuacje śmieszno-straszne, jak dwóch wieloletnich znajomych z udziałem brzytwy. Wzruszać może kobieta, która wsiada do metra wtedy, gdy jest najpełniejsze, gdyż ma potrzebę przytulenia się do człowieka („Pachnie miejscami, z których przychodzą, i nie wiem, jak to możliwe, miejscem, do którego zmierzają. Domami, kobietami i dziećmi, telewizorem i gazetami, kolacją. Wystarczy mi wiedzieć, że jest też takie życie”). Za serce, niewykluczone, złapie mężczyzna z lalką, i szukający ojca chłopiec, w którego historii dużą rolę odgrywa drzewo. Swoje też robią miejsca, wśród nich wspomniany cmentarz, dom pewnego pisarza i hotel w nazwie z ojczystym krajem Autora.

Gospodinow daje też radę pod względem formy, którą obudowuje swoje historie – kiedy pisze choćby o kamiennych krzyżach „rozgrzanych przez sierpień”, zagęszczającym się grzechu, zimowym popołudniowym słońcu pełzającym „po oknie jak rozgrzana mucha”; także w tym zdaniu: „Świat zaczął się sypać jak staruszek, który pomimo operacji plastycznych już dłużej nie ukryje zaawansowanego stadium choroby”. Bułgarskiemu laureatowi Międzynarodowej Nagrody Bookera tradycyjnie dzielnie dotrzymuje kroku Magdalena Magda Pytlak, tłumaczka jego dzieł na język polski; dzięki niej można liczyć na interesujące przypisy, wśród nich ten o Borimeczce i Pejo Jaworowie; również słowa i zwroty, jak ten o pysznieniu się na honorowym miejscu pięćdziesięciolitrowego gąsiora z rakiją.

Czas płynie, słońce może zgasnąć, ale zostają nam historie, które warto uwieczniać, póki czas.

Najpierw postanowił napisać list do ojca. Był mu winien przeprosiny sprzed pięćdziesięciu lat. Zawahał się, jakiego zwrotu użyć, w końcu napisał tylko >>Tato<<. Dźwięk skrobania grafitu o papier mu się spodobał. I słowa same popłynęły, jakby od zawsze czekały na ołówek i kawałek papieru. Opowiedział mu, jak rozwinął się świat i jak powinien się cieszyć, że zmarł, zanim zobaczył to wszystko. Jego ojciec był jednym z ostatnich prawdziwych ogrodników, kochał mówić do swoich drzew. Jeden ton był przeznaczony dla jabłoni i czereśni, inny dla grusz i orzechów. Wchodził spokojny, bez kapelusza z siatką między ule i pszczoły, mruczał z nimi.

Rafał Kowalski © 2026

Georgi Gospodinov, I wszystko stało się księżycem, przełożyła Magdalena Pytlak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2026, ss. 232