Chowam się w chłodnym magazynie, z kartonów piwa robię sobie wyrko. Jak tylko głowa dotyka zrolowanej bluzy, gasnę, znów ląduję w świecie z betonu. Moje sny zawsze wyglądają tak samo: jakiś magazyn, akwedukt, klatka schodowa, wiecznie coś z betonu, bezludne. Industrialne pustkowia. W betonowym świecie nic się nigdy nie dzieje. Nawet stada bezokich dzikich psów to tylko czcze groźby, wiecznie się czają, nigdy nie atakują. Te potworne psy są wielkie jak tiry – coś jakby z wyżłów – niedożywione, szczerzą kły. I chuja robią. Tylko ja i psy, idziemy donikąd, robimy nic.
Na sześćdziesięciu pięciu stronach tej książki (wydanej przez Wydawnictwo ArtRage) Autor razem z jej Tłumaczem na język polski (Tomasz Gałązka) mieszczą wycinek prowincji w USA – z mieszkańcami chwytającymi za opioidy i za wiarę, że może nie będzie gorzej.
Jednej z postaci w „Diałbach…” trudno jest ukończyć malowany obraz, ale wciąż próbuje. To niezła metafora losów bohaterów tej powieści autorstwa Kelby’ego Losacka. Choćby sprzedawcy w sklepie, któremu zdarza się dorabiać w anormalnych warunkach, oddawać rzeczy pod zastaw, próbować wziąć pożyczkę w banku. W trudnej sytuacji stara się nie stracić człowieczeństwa; nie odreagowywać na swojej żonie i ich dziecku bystrym i zdolnym, o którym mówi, iż ustawia mu łeb, że bez niego dawno by się rozsypał. Podobnie jest z weteranem wojennym: nie chce słuchać lekarzy w temacie zagrożenia cukrzycą, przeklina ich. Zarazem chce zrobić niewyszukany prezent swojemu wnukowi; gdy mu się udaje, uśmiecha się szeroko, a w kącie jego okna „migocze mu łza”.
Podczas lektury można poznać kaznodzieję, który nawołuje, by żałować za grzechy i sprawić sobie broń. Młody chłopak wychodzi z więzienia, wśród jego tatuaży jest swastyka. Woda jest czasem niezdatna do użytku, cwaniaczek próbuje upchnąć ludziom „lipną biżuterię”, a księżyc bywa czerwony jak krew… I chociaż ten prowincjonalny świat coraz bardziej zasnuwa mgła opioidów – przez co tę książka może być suplementem do genialnego dzieła reporterskiego „Imperium bólu. Baronowie przemysłu farmaceutycznego” Patricka Raddena Keefe’a (Wydawnictwo Czarne, tłumaczenie Jan Dzierzgowski) – niektórzy starają się walczyć, by ich życie przynajmniej nie stawało się gorsze.
Kelby snuję tę opowieść z wiarygodnymi przekleństwami i sugestywnymi opisami – po twarzy porytej słońcem cieknie pot, język zbiera kropelki wody z szyi, nocą „z wież rafinerii biją takie płomienie, że mogłyby uszkodzić siatkówkę Bogu, ale na zatorzu jest ciemnawo, tylko bursztynowy blask latarni i czasem koguty radiowozów”. Tradycyjnie swoje dokłada Tomasz Gałązka, którego tłumaczy talent jest adekwatny do jego wysokiego wzrostu; to za jego sprawą w tej książce są na przykład paznokcie ryjące skronie, kitranie się w zimnym magazynie dziabanie w szybę, zbliznowanie w akrylach. Co więcej, jak głosi przypis, pisze on do Autora, by ten wyjaśnił, czym jest clicka.
Czil i inne pomysły na wypuszczenie diabłów z człowieka potrafią sprawić, że człowiek na chwilę zapomina o bólu, patrzy na świat niewinnie i z ciekawością, ale potem może rozboleć go serce pod każdym względem. Stąd pewnie zdrowszą używką w tek książce wydaje się uśmiech dziecka. Nawet jeśli ono właśnie ząbkuje, przez co nie tylko jemu nie jest do śmiechu.
Farba oblepia jej ręce aż po łokcie, jest w jej włosach, plami twarz. Bryzga na stół i podłogę, znaczy całą moją koszulę, kiedy przyciągam Kirę do siebie i przyrzekam jej, że będzie dobrze. Że damy radę.
Rafał Kowalski © 2026
Kolby Losack, Wypuścić diabły, przełożył Tomasz S. Gałązka, Wydawnictwo ArtRrage, Warszawa 2026, ss. 72
