Dzisiaj nie będę namawiał Was do posłuchania nowej, genialnej płyty światowej gwiazdy. Nie będę też dzielił się wrażeniami z rewelacyjnego koncertu jazzowego, na którym byłem w Jassmine czy Palladium.
Tym razem będzie o jubileuszowym koncercie zespołu Lady Pank, który był jednym z kulminacyjnych punktów ostatniego dnia 63. Krajowego Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu.
Już podczas trwania transmisji świerzbiły mnie palce, żeby na bieżąco komentować to, co działo się na scenie, ale jakoś udało mi się powstrzymać. Dziś jednak trafiłem na facebookowy profil TVP, gdzie nieprzebrane tłumy internautów zachwycały się występem Jana Borysewicza i spółki.
To będzie więc tekst z gatunku: „muszę, bo się uduszę”.
Fani Lady Pank w większości pisali o „niesamowitym koncercie”, „genialnych artystach”, „największym zespole w historii polskiej muzyki”, a nawet o tym, że „wszyscy występujący w Opolu powinni się od nich uczyć”. Często pojawiało się też stwierdzenie: „dali radę”. No właśnie, czy dali radę?
Jeżeli miarą „niesamowitości” koncertu ma być to, że zespół dał radę, to zgoda – dali radę. Janusz Panasewicz wyciągał wysokie partie (przynajmniej na początku występu), nie brakowało mu oddechu ani energii. Tego samego nie można już powiedzieć o wokalnych popisach Jana Borysewicza, ale tutaj spuśćmy zasłonę milczenia. Jest gitarzystą, nie wokalistą, więc nie będę się nad tym rozwodził.
Nie zamierzam też oceniać wartości sentymentalnej tego koncertu. Jestem przekonany, że wielu z nas, którzy dorastali w latach 80., miało wczoraj chwilami łzę w oku – ja również. Byłem na koncercie Lady Pank w połowie tamtej dekady. Stałem pod sceną, chłonąc każde słowo Panasewicza i każdy dźwięk wydobywany przez Borysewicza ze Stratocastera. Wtedy dałbym się za nich pokroić.
Dzisiaj jednak gra Borysewicza trochę mnie rozczarowuje. O ile kiedyś jego styl był nowatorski i świeży – przynajmniej nad Wisłą – o tyle dziś brzmi już dość archaicznie. Nadal uważam go za świetnego gitarzystę. Jego solo w „Za ostatni grosz” z czasów współpracy z Budką Suflera pozostaje dla mnie jednym z najlepszych w historii polskiej muzyki rozrywkowej. Jednak stwierdzenie Piotra Stelmacha, który zapowiadał koncert, że Borysewicz jest jednym z największych gitarzystów świata, wydaje mi się jednak lekkim nadużyciem.
Reszta zespołu zagrała poprawnie, ale umówmy się – wiele tam do grania nie ma. Nie chodzi o to, by muzycy zmieniali utwory do tego stopnia, że trudno byłoby je rozpoznać. Brakowało mi jednak świeżości, polotu, a może choćby odrobiny współczesnego spojrzenia na te aranżacje.
I właśnie dlatego nie potrafię podzielić powszechnego zachwytu nad tym koncertem. Owszem, usłyszeliśmy największe przeboje, były wspomnienia, sentyment i owacje publiczności. Tyle że sentyment nie może być jedynym kryterium oceny.
Od wielkiego zespołu oczekuję czegoś więcej niż poprawnego odegrania materiału sprzed czterdziestu lat. Oczekuję energii, świeżości i dowodu na to, że legenda wciąż żyje, a nie jedynie korzysta z kapitału zgromadzonego dekady temu. Tymczasem miałem wrażenie, że oglądam pomnik własnej historii – pomnik wciąż stojący dumnie, ale coraz bardziej pokrywający się patyną.
Lady Pank pozostanie jednym z najważniejszych zespołów w historii polskiego rocka. Nikt im tego nie odbierze. Ale wielkość zbudowana przed laty nie oznacza automatycznie wielkości tu i teraz. Wczorajszy koncert był dla mnie bardziej dowodem na siłę nostalgii niż na artystyczną formę zespołu. A nostalgia, choć piękna, bywa też najbardziej wyrozumiałym z krytyków. Ja wolę oceniać to, co słyszę, a nie to, co pamiętam. A to, co usłyszałem w Opolu, było poprawnym koncertem zasłużonego zespołu, ale z pewnością nie muzycznym objawieniem, za jakie wielu chciałoby go uznać.
Jeśli wczorajszy koncert miał być dowodem na nieprzemijającą wielkość Lady Pank, to dla mnie był raczej dowód na to, jak ogromną siłę ma zbiorowa nostalgia i jak skutecznie potrafi zagłuszyć rzeczywistość.
Jacek Bulak © 2026
