Tak, wino to duch miejsca zaklęty w butelce, którą można przenosić w czasie i przestrzeni, a następnie wypuszczać go setki tysięcy kilometrów dalej oraz wiele lat później. Tak, duch wypuszczony z butelki wniknie w ludzkie ciała i dusze, wpisze w nie swój niepowtarzalny charakter, zatańczy w nich i otworzy zamknięte na co dzień rewiry, bądź też je zaćmi i zamknie, jeśli się człowiek wykaże wobec niego, nazwijmy to, nadmiarową gościnnością. Niemniej to połączenie – ducha i jego miejsca, ducha i ziemi, z której się wyłonił – da efekt niepowtarzalny i niemożliwy do tworzenia nigdzie indziej.

Po przeczytaniu tej książki (wydanej przez wydawnictwo Wielka Litera) można wybrać się nie tylko na Korfu, i przy uważnym rozejrzeniu się tym bardziej dostrzec Tomasza Stawiszyńskiego. Raczej nie będzie on w bezruchu. Może na przykład biegać za białym busikiem, albo energicznie błagać kelnera o wybaczenie; i niczym Plankton z kreskówki o SpongeBobie Kanciastoportym próbować odkryć tajemnice kulinarne, w tym przypadku kameralnych restauracji rodzinnych – nawiązując przy tym do Immanuela Kanta i zespołu Depeche Mode.

Autor jest m.in. absolwentem filozofii na Uniwersytecie Warszawskim, i to się czuje podczas lektury. Kiedy bowiem pisze on na przykład o próbie odkrycia tajemnicy pewnego pojazdu, pojawia się temat duchów, które mogą symbolizować „w pierwszej kolejności sprawy niezałatwione i niedokończone. Jakieś wiszące nad daną wspólnotą zaległości, niespłacone długi, niepowetowane straty i krzywdy. Albo głęboko zawiedzione dobre intencje czy też gorące uczucia”. Duch może też być zaklęty w butelce z winem i w kuchni „od serca”, która pożywia „nie tylko ciało, lecz także serce i duszę, wytwarza relacje horyzontalne i – co najważniejsze – pozwala poczuć głęboką wspólnotę z innymi i ze światem w ogóle, zamiast się ponad to wszystko dumnie wynosić i napawać własną wyjątkowością”.

Ta książka zawiera ambrozję w formie pattisady i nektar jako białe wino. Są też ludzie. Wśród nich parkingowy, który swoim zachowaniem inspiruje do namierzania tajemniczego Systemu. To również francuski architekt Mathieu de Lesseps żyjący na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku, śmiertelnie obrażony kelner, majestatyczna Włoszka panująca nad czasem być może dzięki powtarzalności pewnych gestów… I pan Nikos, któremu jego mama przekazała wiele klasycznych przepisów opartych na „produktach prostych, ale świeżych i wyłącznie najlepszej jakości”.

Tomasz Stawiszyński swoją książkową potrawę pichci z użyciem poczucia humoru, kiedy pisze choćby o pewnych aromatach wydobywających się z kuchni – działających niczym syreni śpiew na marynarzy żeglujących z Odyseuszem. Dodaje do tego język prosty i chwytliwy („Słońce prażyło niemiłosiernie, a wiejący od morza wiatr stanowczo, acz kulturalnie tonował jego dominacyjne zapędy”) i podkreślenie wartości interesujących rozmów; tego uczy też postawa pana Sosipatrosa uwielbiającego slalom między stolikami, roznoszenie jedzenia, zagajanie do klientów, co daje mu radość.

Autor niemal wszystko to czyni niespiesznie; bo tylko tak można doświadczyć rzeczywistość wszystkimi zmysłami, i mieć większą szansę na znalezienie swojego kolejnego miejsca. A potem do niego wracać.

Można więc było na tych pufach w White House siedzieć – w ubraniach i w konwencjonalnych pozycjach, ma się rozumieć – i godzinami kontemplować krajobraz. Stapiać się z miejscem i jego upalnymi energiami, które pachną tak, jak cała wyspa: wanilią, anyżem, miodem, jaśminem, goździkami, cynamonem, pomarańczą, imbirem oraz czymś jeszcze, ciemnym, gęstym i aksamitnym. Chłonąć to wszystko. Przywoływać duchy dawnych mieszkańców domu.

Rafał Kowalski © 2026

Tomasz Stawiszyński, Czynnik alchemiczny, Wydawnictwo Wielka Litera, Warzawa 2026, ss. 192