Płocki poeta Maciej Woźniak napisał list miłosny dla „swojego” miasta w formie zbioru wierszy (wydanego przez Książnica Płocka im. Władysława Broniewskiego, zilustrowanego czarno-białymi fotografiami Książęcego Miasta, niektóre sprzed wielu lat).
W tych wierszach rzeka Wisła między zimą a wiosną „pęka na trzydzieści parę milionów kawałków”, a jej mowa ciała jest taka, że „nie ma mowy o niczym więcej”. Ona potrafi życie zabrać, ale też podarować, jak jej inżynierowi Janowi Markowi Lajourdiemu.
Skoro już mowa o osobach, w tej publikacji „narwany żydowski pepeesowiec” Józef Kwiatek wraca do rodzinnego miasta, siada na jednym z placów i „czyta zżółkłe ulotki z kasztanowców”. Miejscowej poetce Wandzie Gołębiewskiej jej wiersze pomagają nieść na głowie „cyganeryjne kapelusze”, a jej sercu „ożywczy łyk / miłości własnej”. Zaś światło lampki „urodzonej przez tokarkę” dla Macieja Woźniaka ma twarz Alka, ślusarza z Fabryki Maszyn Żniwnych.
Autor pisze o miejscach też nieistniejących, nadwiślańskim piasku i wietrze „mocniejszym niż pamięć” niosącym na przykład „ostry zapach ryb z Nowego Rynku / dziecięcą półpolszczyznę / z ulicy Szerokiej”. Rozmawia z ludźmi nie tylko pod jabłonką i na ulicy Tumskiej. Wspomina wydarzenia w swoim dotychczasowym życiu, daje do zrozumienia, że w pewnej mierze jest outsiderem („stężenie społeczeństwa powodowało odwrót / do łona. Może matki, która szalik na szyi / wiązała mi jak pępowinę”; „Nawet idąc ciemną (…) doliną krzemu, bez lęku sięgam po zamierzchłą, / lecz rewolucyjną u schyłku socjalizmu technologię / płyt CD”). I przyznaje, że od tego Płocka musi czasem odpocząć, choćby podczas obcinania włosów na jego głowie przez Natalię z ulicy Kwiatka.
Ten odpoczynek nie trwa jednak długo, bo trwać nie może, to niemożliwe.
Rafał Kowalski © 2026
Maciej Woźniak, Tropy płockie, Książnica Płocka im. Władysława Broniewskiego, Płock 2026, ss. 85
