Oto „superheros” greckiej mitologii, syn bogini, górujący niebotycznie nad wszystkimi innymi bohaterami, rzuca wyzwanie ludzkim normom i samym bogom. Na koniec jednak staje się arcyczłowiekiem, pogodzonym z ludźmi i boskimi prawami, ze światem i z sobą samym. To, że w „Iliadzie” nie widzimy ani początku, ani końca wojny trojańskiej, nie ma absolutnie żadnego znaczenia, bo epos ten nie opowiada o walkach o Troję, jak poprzedzające go oraz późniejsze legendy i utwory o Ilionie. To opowieść o Achillesie, ukazanym jako modelowy przykład losu człowieka. A to, że jego przemianę obserwujemy na tle wielkiego militarnego starcia, przełomowego dziejowego konfliktu, będzie odtąd inspirować niezliczone dzieła europejskiej literatury (…).
Nie wiem, czy Marek Węcowski jak Robin Lane Fox, barwna postać współczesnych badań nad starożytnością, chciałby wsiąść na konia i przebyć szlak armii Aleksandra Wielkiego od Grecji po Indie. Albo w domowym zaciszu chwycić za formingę i być aojdą podczas sjesty po rodzinnym posiłku. W każdym razie w trakcie lektury tej książki (wydanej przez Znak Literanova) można mieć poczucie, że w tyglu bogów, pieśniarzy, herosów i upływających wieków chce On przede wszystkim dostrzec człowieka.
Autor zdaje sobie sprawę, że historyk starożytności nie ma lekko w poszukiwaniu Prawdy; bardziej realne w jego dążeniu do niej jest osiągnięcie Prawdopodobieństwa. Czasem może to grozić niezłą awanturą – wiedzą coś o tym dwaj specjaliści od starożytności z tej samej uczelni w Tybindze, którzy wdali się w „nową wojnę trojańską”. Lecz przecież brak pewności w jakiejś sprawie nie musi rzutować na jej postrzeganie. Na przykład nieistnienie (do tej pory) ostatecznego dowodu, czy „Iliada” i „Odyseja” to utwory jednego Homera, czy może grupy poetów na przestrzeni czasu (albo bytu na kształt gruppenführera Wolfa z jednej z przygód Hansa Klossa) nie wpływa na ich wybitność tych dzieł. Być może nie dowiemy się również, czy w długiej wędrówce Odyseusza maczał palce choćby Posejdon, czy raczej niesprzyjające warunki atmosferyczne i ludzki egoizm.
Może dlatego Marek Wecowski – przy wsparciu m.in. Paweł Goźliński, wysokiej klasy redaktorskiego szlifierza słowa – woli skupić się na szukaniu głębszych i uniwersalnych sensów na styku przeszłości i teraźniejszości. Jak przy wątku jednostki dla wspólnoty niezbędnej, a jednocześnie dla niej niebezpiecznej. Pisze, że „wciąż zderzamy się z tym problemem i z napięciem między wolnością jednostki a interesami wspólnoty, między potrzebą posiadania wybitnych liderów a niebezpieczeństwem autorytaryzmu”. Ktoś mógłby tu zacytować wybitnego trenera piłkarskiego sir Aleksa Fergusona, że żaden zawodnik nie jest ważniejszy niż klub, ktoś inny może pomyśleć inaczej… W każdym razie u Homera/grupy poetów herosi nie są półbogami; raczej – mimo nadludzkiej siły – swymi „czynami i cierpieniami pokazują publiczności Poety ograniczenia ludzkiej kondycji i prawdziwe miejsce człowieka w świecie”.
Innymi słowy heros też jest człowiekiem. Tak jak człowiekiem był heros słowa Józef Wittlin, autor przekładu „Odysei” na język polski, który po II wojnie światowej nie wrócił już do „swojej” Polski. Zmarł w Nowym Jorku, wykorzeniony, skazany na emigracyjny los niczym żołnierz-tułacz Odyseusz.
Autor w tej książce nawiązuje do Sherlocka Holmesa, Hezjoda i Leszka Kołakowskiego; także do Augusta Wilhelma Schlegela, Erazma z Rotterdamu i Simone Weil, dla której „Iliada” nie była „pomnikiem kultury ani heroicznym eposem, lecz bezlitosnym zapisem działania siły: tego, jak wojna uprzedmiotawia zarówno ofiary, jak i zwycięzców”. Przedstawia też postacie ogólnie może znane od wymienionych, ale interesujące, jak poeta-bankier Patrick Shaw-Stewart, „bałkański Homer” Avdo Međedović, i Milman Parry z jego błyskotliwością i rewolwerem. Niekiedy puszcza oko – jak wtedy, gdy Platona nazywa szerokim w barach „Karczychem”, właścicieli sklepu „Pandora. Wkrótce wielkie otwarcie!” podejrzewa o informacje nieznane innym śmiertelnikom, i na przykładach sugeruje, by nie pokładać wiary w moc różnych zaklęć obecnych w „Iliadzie” i „Odysei”.
Nie zapomina o fenomenie greckiego polis, tamtejszych wyprawach i nasiąkaniu inspiracjami miejscowych twórców słowa („(…) te wszystkie inspiracje, na których w dużej mierze opierają się kluczowe idee, a nawet formalna struktura obu poematów, to właśnie przykłady artystycznego mistrzostwa Homera, który dokładnie przemyślał i twórczo rozwinął to, co przekazały mu tradycje bliskowschodnie (…)”). Czasem bawi się językiem, kiedy pisze o wkraczaniu „na tereny łowne nauk politycznych” i być może pierwszym „w naszej kulturze” przykładzie „>>czarnego PR-u<< konkurencyjnych środowisk artystycznych”. I podkreśla, że narastająca niepewność jutra, czy nawet poczucia możliwej katastrofy w naszym kruchym świecie – dzięki działaniu człowieka przecież, nie kosmitów – to dobry moment, by wrócić do Homera i przypomnieć sobie o pewnych życiowych lekcjach i postawach, wyciągać odpowiednie wnioski. Może nie jest za późno na zmianę kursu okrętu płynącego w mrok.
Miejsce pieśniarza obok lekarza, wróżbity i cieśli dobrze pokazuje prestiż poezji, ale też przekonanie, że jest ona w każdej społeczności ceniona jak zdrowie, dach nad głową i wiedza o tym, co czynić w trudnych czasach. Nie dałbym sobie ręki uciąć, że przekonanie to podzielają rządzący dzisiaj naszymi wspólnotami. Ale też wszyscy owych wspólnot członkowie i członkinie. Poeta „>>Odysei<< funkcjonował w świecie, w którym pieśń cieszyła się wielkim prestiżem.
Rafał Kowalski © 2026
Marek Węcowski, Homer na nasze czasy, Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2026, ss. 528
