To nie komary są zmorą Eneasa, lecz samo życie, które przygniata go i przebija na wskroś. Cały skuty jest jego sztychami. Tęskno mu niekiedy za azylem angielskiego domu wariatów czy nawet azylem młodości, za schronieniem, jakie daje nowy początek. Niekiedy czuje się śmiertelnie wyczerpany byciem tym Eneasem McNultym. Nachodzi go wstrętna myśl, że może jego niedoszli mordercy mieli rację, że nie ma nic na swoją obronę, że źle się prowadził, że należy mu się kara sroga i dotkliwa. A to przyprawia go o jeszcze większe dreszcze. Zagubiony jest w mgłach dzieciństwa, lęka się gniewu Króla Niebieskiego, Pana wszystkiego, co dobre, i lęka się Złego urzędującego w piekle.

Sebastian Barry również w tej książce (wydanej w tym roku przez Wydawnictwo ArtRage w tłumaczeniu Dawid Czech) jest powieściowym Midasem: czy pisze o kopaniu rowów w Nigerii, tęsknocie syna do matki, irlandzkim miasteczku w deszczu, bratobójczej walce, księżycu z gwiazdami, czy o dziecięcej zazdrości, zmienia to w literackie złoto.

Stworzona przez Barry’ego główna postać również tym razem nie jest superbohaterem, dzięki temu czytelniczo może być bliższa. Eneas, ledwie przecinek „w długim wersie historii”, w dzieciństwie jest zazdrosny o swoje rodzeństwo „chytre, otoczone miłością i miłości spragnione”. Stara się o uwagę rówieśników, jego prosty świat wypełniają proste przyjemności. Na froncie wojennym nie dokonuje heroicznych czynów; zamiast tego pomaga odbudować winnicę i widzi, jak w „martwych źrenicach” weteranów „przegląda się pustka dni”. Kiedyś zaś na drodze do ułożenia sobie życia, założenia rodziny stają mu pewne okoliczności, nie chce ugiąć się w sprawach, z którymi się nie zgadza. Przez to niczym jego mitologiczny imiennik podróżuje w różne miejsca, gdzie czekają na niego na przykład przyjaźń i zagrożenie śmiercią, jeszcze większe docenianie tego, co jest od niego oddalone.

Wpływ na jego życie ma Wielka Historia: jej blaski w formie choćby ambicji wolnościowych, ale też cienie i absurdy, co widać choćby w relacji Eneasa z jego kompanem z dzieciństwa („Chciałem tu osiąść na stałe, pracę znaleźć i tak dalej, ale to mi nie jest pisane. Krótkie wojny, długa pamięć”). W ogóle cała ta opowieść Barry’ego to jednocześnie list miłosny – zarazem prosty i głęboki – pisarza do swojej ojczyzny; w nim nawet „opasłe, sędziwe cielsko” potężnego masywu wzgórza Knocknarea „w strugach deszczu” potrafi mieć swój niepowtarzalny czar. Miejsca, ale też ludzie, jak ojciec głównego bohatera, który jest może „krawcem najgorszego sortu”, za to „we wszystkim innym tatko dał się poznać jako człowiek szlachetny i dostojny, iście posągowy, na miarę dawnych Greków”.

Sebastian Barry tka tę historię z użyciem zdaniowych pereł, jak ta: „To nie takie złe, myśli sobie, być rzuconym na bezmiar oceanu, przestwór tak rozległy, tak czule opasający skorupę ziemi, że nawet w najśmielszych snach niepodobna ujrzeć w pełnej krasie”. Książkę tę czyta się świetnie również dzięki tłumaczeniu Dawida Czecha. Również on sprawia, że „Przypadki…” mienią się od takich słów i zwrotów: „Ani chybi zbóje!”, „tarabanią się przez hol po omacku”, Rozum ze szczętem postradał”, „Najsampierw musisz”, „na poły oświetlonych krnąbrnymi lampami, na poły okrytych gałganami ciemności” – co jest dowodem na dobre czucie przez niego prozy Irlandczyka. W ogóle trzeba przyznać, że póki co sprawdza się pomysł na Barry’ego ze strony Wydawnictwa ArtRage: każdą jego książkę na język polski tłumaczy inna osoba. I wszystkie do tej pory zrobiły to pierwszorzędnie: Krzysztof Cieślik w przypadku „Tysiąca księżyców”, Agnieszka Agu Walulik w „Tymczasowym dżentelmenie”, Tomasz Gałązka w „Tak daleko od domu”, Aga Zano w „Czasie starego Boga” i Katarzyna Kaja Makaruk w „Po stronie Kanaanu”.

Także dzięki nim można się uzależnić od prozy tego pisarza rodem z Dublina, wyłącznie z korzyścią dla czytelniczego zdrowia.

Gdy za okrągłym okienkiem ukazuje się nowa Irlandia, jej upragnione pola, kamienisty spłachetek wyspy Ireland’s Eye, swobodny pas plaży Dollymount – ramię kochanka na kibici morza – wzbiera w nim płacz. Szlocha, spętany okowami pamięci. Zdumiewa go ten nagły przypływ miłości, ojczyzna ukazuje mu się skąpana w świetle i zatopiona w widomym spokoju, w nim samym zaś odzywa się dzieciństwo, a także sprawy inne, ciemne i tajemne; w ruczajach i rozżarzonych jeziorach tego raju przeglądają się jego własne strumyki krwi.

Rafał Kowalski © 2026

Sebastian Barry, Przypadki Eneasa McNulty’ego, tłumaczenie Dawid Czech, Wydawnictwo ArtRage, Warszawa 2026, ss. 288