Poszły na przełaj, na drugą stronę wyspy, od czasu do czasu babcia się pochylała i znajdowała coś ważnego. Wędrowała przed siebie księżycową ulicą, duża i czarna, jej sztywne nogi i laska wciąż się oddalały, a ona stawała się coraz większa, na jej kapeluszu i barkach spoczywał blask księżyca. Czuwała nad kolejami losu i nad całą wyspą. Nie było cienia wątpliwości, że babcia znajdzie to, co trzeba, żeby zapobiec nieszczęściu i śmierci. Wszystko zmieściło się w jej kieszeni. Idąc za nią Sophia wiedziała, że babcia niesie księżyc na swojej głowie i noc całkowicie się uspokaja.
Tove Jansson w tej książce (wydanej przez Wydawnictwo Czarne w tłumaczeniu Haliny Thylwe) osoby czytające stara się wyciągać z rozkołysanych wód życiowych, przepełnionych łoskotem. Stawia je na pewnym szkierze, wysepce na krańcach archipelagu w Zatoce Fińskiej. I choć na niej więcej jest surowości niż czegoś łagodnie rajskiego, wydaje się, że lepiej można nauczyć się spokojniej oddychać i patrzeć uważniej.
Twórczyni Muminków, według jej siostrzenicy, w kontekście „Księgi lata” przez swoją wyobraźnię przefiltrowała autentyczne miejsca i postacie z wyspy, na której ze swoim bratem postawili mały dom. Głównymi bohaterkami uczyniła Babcię i jej wnuczkę Sophie. Obie potrafią źle się pokłócić, zabawnie i mądrze rozmawiać o Bogu i miłości, uczyć się od siebie, dokonać włamania, patrzeć z uwagą. Dzięki ich obserwacji czytelniczo można poznać na przykład spełniacza marzeń Erikssona; ma „taki sam kolor jak krajobraz, tylko oczy były niebieskie. Kiedy się o nim mówiło albo myślało, wydawało się czymś naturalnym, żeby podnieść wzrok i popatrzeć na morze”. Jest też Tata milczący i zapracowany, który umie walczyć z żywiołem i o rozwój roślin, przywiązać się do pewnego szlafroka z jego tymczasowym tajemniczym lokatorem.
Szlafrok jest jedną z rzeczy, które również mają znaczenie na tej wyspie. Także inne byty żyjące, wśród nich ptak umierający z miłości, przepołowiona rosówka („Pewnie pamięta swoją drugą połówkę, która zawsze była z przodu i o wszystkim decydowała”), zawciąg nadmorski. Wyspa to też miejsca, jak las duchów i łąka, do której, według słów Babci, może być podobne niebo. To również czynności, jak struganie dziwnych zwierząt zachowujących „swoją drewnianą duszę”, i sytuacje, do których można zaliczyć potężny sztorm. To wszystko na wyspie, gdzie ziemia potrafi pięknie obumierać, zastygać w oczekiwaniu, odżywać pod wpływem ciepłego światła. Gdzie rodzą się kolejne pokolenia ludzi spokrewnionych ze sobą, którzy za nią tęsknią, są przez nią przyciągani.
Tove Jansson pisze o tym z czułością i wyczuwalną pewnością, że wszystko, każdy drobiazg może mieć znaczenie – nawet zapach mogący przypominać „o wszystkim, co się przeżyło, przechowuje pamięć i zapewnia bezpieczeństwo”. Fińska pisarka ma wsparcie Haliny Thylwe: również dzięki tej tłumaczce „Księgi…” na język polski są w niej na przykład przebrzydły mieszczuch, szlafrok narażony na szwank, rzezimieszki, płożące się drzewa i szczwany czort. W tej opowieści, której spokojny nurt niesie coś życiowo istotnego w swej niepodzielnej całości.
To dziwne, pomyślała, już nie potrafię opowiedzieć, nie znajduję słów albo może za mało się staram. To było tak dawno temu. Nikomu nic do tego. Ale jeśli nie opowiem o tym z ochotą, to jakby to się nigdy nie wydarzyło, wszystko się zamknie i przepadnie.
Rafał Kowalski © 2026
Tove Jansson, Księga lata, przełożyła Halina Thylwe, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026, ss. 72
