Ayn Rand nie miała pojęcia, co się dzieje między takimi znękanymi ludźmi, jak nieskończenie złożone i dramatyczne są ich relacje, ile wysiłku włożyli w to, by brnąć dalej przez bezmiar rozczarowań, załamań i snów o ucieczce. Miałem za złe Ayn Rand lekceważenie ich losu. A z pewnością moja złość była tym większa, że sam ten los zlekceważyłem – od lat ukrywając swoją rodzinę w wyrachowanych przemilczeniach, niejasnych aluzjach i unikach, insynuując istnienie innej rodziny na jej miejscu. (…) Sprawiła, że odczułem różnicę między autorem, który gardzi zranieniem, a takim, dla którego rana jest zasadniczym elementem życia.
Tobias Wolff nie zatrzymuje się w swoim literackim pochodzie przez Polskę. Pochodzie triumfalnym; po premierze nad Wisłą zbioru jego świetnych opowiadań „Oto początek naszej historii” w 2025 roku, w tej powieści (obie książki wydało Wydawnictwo Czarne w przekładzie Krzysztofa Umińskiego) zaprasza do szkoły w Stanach Zjednoczonych w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Ponownie czyni to z lupą, przez którą uważnie obserwuje ludzkie uczucia, przedmioty, sytuacje z pozoru błahe, oczywiste. I pisze o tym w zajmująco prosty sposób.
W „Początku…” jest na przykład kobieta, która obejmuje kolana ramionami, wpatruje się w mężczyznę i pyta go, co ona ma w sobie takiego, co on by kochał, gdyby ją pokochał. Pewna córka zastanawia się, co by się stało, gdyby je matka zerwała się z krzesła, stanęła przed swoim mężem znęcającym się nad ich synem i „kazała mu raz na zawsze przestać? Albo chociaż spojrzała na niego, utwierdzając go we wstydzie?”. Jest również mężczyzna umierający w swoim ulubionym krześle, a jego syn uznaje, że nie wypada go tak zostawić, chce zanieść go do sypialni… I choć wydana w 2026 roku „Stara szkoła” to nie krótkie opowiadanie, lecz powieść, w niej również obecne jest wspomniane podejście tego Autora do kreacji słowa pisanego.
W tytułowej placówce bywa, że atmosfera iskrzy od seksualnego napięcia; gdzieniegdzie obecny jest klasizm, dystans do osób pochodzenia żydowskiego, brak otwartego mówienia o sobie. Jednocześnie uczniowie potrafią się przyjaźnić i upijać nie tylko alkoholem, lecz także „wiosną, jak tłuste pszczoły zataczające się z kwiatu na kwiat, a między nami krążył dziwny buntowniczy prąd” i literaturą.
Wśród nich są osoby zaangażowane w tworzenie pisma „Trubadur”. Bywa, że nad swoimi biurkami mają wycięte z gazet zdjęcia cenionych przez nich twórców słowa; jak fotkę z Ernestem Hemingwayem, na której ten pisarz „szczerzył kły prosto w obiektyw w sposób niepozostawiający wątpliwości, że umie szarpać i rozdzierać, a siła jego prozy jest z tym ściśle związana”. Mają świadomość, że ich „szkolne pisemko nie odmieni losów świata”, lecz przyświeca im wiara, że jednak „ma taką moc, a każdy numer” układają i szlifują „z takim namaszczeniem, z jakim Duży Jeff kreślił plany kosmolotów”.
Uczniowie i wykładowcy w tej szkole żyją marzeniem, na którym została ona zbudowana: na tęsknocie za rycerskim światem, który jest odgrodzony od „wrzaskliwych skandali i tanich utarczek, od szwindli i machlojek nowoczesności”. Jak się okazuje, nie do końca tak jest. Lecz mimo pewnych sytuacji negatywnych, tęsknią za tą szkołą, co widać choćby na wzruszającym przykładzie postaci nazywanej Archem. Rozglądają się też za życiowym przewodnikiem; próbują dostrzec go na przykład w wybitnym poecie Robercie Froście, który ich odwiedza. Zarazem wobec tych potencjalnych przewodników umieją być krytyczni, czego dowodem jest spotkanie z pisarką Ayn Rand i jej twórczością.
Polskiej wersji tej książki, niewolniej od poczucia humoru, dużo daje tłumaczenie jej na język polski przez Krzysztofa Umińskiego. To dzięki niemu są w niej na przykład kocimiętka, Irlandczyk bluzgający na brytoli, rejterada, nicponie, strzelanie w płucko, odpicowane wspomnienia i cierpki fatalista. Również takie obrazowe porównania: „Każde słowo wypowiedziane w tej wełnistej ciszy rozbrzmiewało jak nagłe krakanie wrony w dżdżysty dzień”. Przede wszystkim jednak jest szkoła życia, czego przykładem jest droga, którą przechodzi główny bohater i zarazem narrator.
Bo choć Tobias Wolff podkreśla moc tworzonego słowa, choćby na przykładzie starożytnych poety i władcy: „A dlaczego cezar miałby się bać Owidiusza, jeśli nie z tej racji, że ani boski status, ani wszystkie legiony nie mogły ocalić go przed jednym dobrym wersem?” – nade wszystko stara się unaocznić, że zarówno uczniowie omawianej szkoły, jak i wspomniany Hemingway w pierwszej kolejności są ludźmi ze swoimi talentami, ale też słabościami. Czyni to w formie opowieści, zaznaczając, że bez niej nie dałoby się żyć w tym świecie.
Wspólne lata dobiegały końca i choć nie kłóciliśmy się ani nie droczyliśmy ze sobą jak większość współlokatorów, to do przyjaźni było nam dalej niż pierwszego dnia. Skryci za pozami i sardoniczną kurtuazją staliśmy się dla siebie nieprzeniknieni, a kiedy raz odkryłem ważną prawdę na temat Billa, zawarliśmy cichy pakt o jej ignorowaniu. Wiele takich paktów powstało między nami. Nie okazać, kim naprawdę jesteśmy – taić niepokój, słabość, wątpliwość – zmilczeć obawę o nasze dalsze losy, o to, jakimi ludźmi się stajemy.
Rafał Kowalski © 2026
Tobias Wolff, Stara szkoła, przełożył Krzysztof Umiński, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026, ss. 232
