W brzydocie widział wierne odbicie współczesnego świata. Mówił, że „trzeba zaakceptować wszelkie normy, jakie przybiera i będzie przybierało ludzkie doświadczenie”, że trzeba ukazywać „ludzkie istnienie w całej jego wielkości, ale też w zdeprawowaniu i wulgarnej zwyczajności”. I dodawał: „Kiedy malowałem pierwsze obrazy, miałem przeczucie, że jedna strona rzeczywistości nie została jeszcze sportretowana: brzydota”.
Ktoś, kto spojrzy na jedną konkretną pracę autorstwa Tracey Emin, dostrzeże może „cyniczne przechwalanie się podbojami seksualnymi”, a ktoś inny „nieustanną pogoń za bliskością z drugim człowiekiem”. Podobny rozdźwięk może być w przypadku Andresa Serrano i jego wizji krucyfiksu, czy też „speca od reklamy firmy Benetton”, promocyjnego użycia przez niego „odzieży chłopaka, który został zabity podczas wojny”… Magdalena Magda Ujma w tej książce (wydanej przez Wydawnictwo Smak Słowa) bynajmniej nie zachęca do szokowania się i obrażania. Raczej do oglądania konkretnych dzieł uważnie, z różnych stron, w tej książkowej podróży przez dzieje sztuki – w której brzydota, nagość, piękno niejedno ma imię.
Francuski malarz i rzeźbiarz Jean Dubuffet pragnął, by sztuka towarzyszyła człowiekowi w codzienności. Miała przy tym wzbudzać żywe reakcje, lecz nie w formie skandalu dla samego skandalu, ale też nie przyczyniać się do śmierci z nudy. Właśnie Dubuffet w pewnym momencie swojego życia zaczął współpracować z lekarzami psychiatrami w temacie współpracy z chorymi tworzącymi obrazy, rysunki, rzeźby. Zainteresował się tym choćby pod wpływem niejakiej Clementine R., która patrzyła w niebo i widziała tam nie chmury, ale „rozmaite groźne obiekty i zjawy”, które potem rysowała. W ten sposób do kanonu sztuki weszła twórczość artystyczna, którą ten Francuz nazwał art brut.
On i jeszcze inni na przestrzeni wieków chcieli, i chcą widzieć więcej. Mieć odwagę mówić o tym światu, zachęcać do przemyśleń, śmiałości poznawania czegoś nowego – nie tylko do podziwiania piękna, odczuwania przyjemności, obcowania ze wzniosłymi tematami mistrzowsko odwzorowanymi. Jak Pablo Picasso, który swoimi nieproporcjonalnymi „Pannami z Awinionu”, jakby pociętymi na kawałki, chciał człowieczego spojrzenia na świat w nowy sposób. „Olimpia” Katarzyny Kozyry stanowi prowokacyjne wyzwanie, jednocześnie jest ważnym głosem artystki na temat choroby i śmierci. Jednocześnie jest też jakby przeciwwagą do tego, czym miał być akt: „syntezą ciała, jego upiększeniem i oczyszczeniem z wszelkich wad: zmarszczek, fałd tłuszczu, oznak starości, chorób, ułomności”.
Postrzeganie piękna i brzydoty zmieniało się bowiem na przestrzeni wieków. Z czasem, jak dowodzi Autorka uznano, że brzydota może być nawet bardziej moralna niż piękno, stać się „współczesnym pięknem”. Ponadto przecież to, co „szokowało brzydotą w jednej epoce, w następnej może zachwycać szczerością i prawdą psychologiczną”.
Do tego dochodzi chęć zdjęcia sztuki z piedestału utartych norm i zbliżenia jej do ludzi. Widać to choćby w sposobie, w jaki Caravaggio malarsko potraktował jednego ze świętych i Maryję. Konkretnie świętego Mateusza ukazał „jako prostego, spracowanego człowieka, mającego trudności z pisaniem, utrwalającego Słowo Boże z pomocą anioła, który prowadził jego rękę”. Obraz ten, nawet jeśli odrzucony przez zleceniodawców, „był bliższy prawdzie biblijnej niż niejedno konwencjonalne dzieło”. Z kolei Caravaggiowa Maryja wygląda „jak uboga i schorowana mieszkanka Zatybrza”. Chodziło o to, by „jak najprościej opowiadać o prawdach wiary, a rzeczy nadprzyrodzone pokazywać poprzez konkret, bliski prostym ludziom”.
W tej książce prócz ludzi duże znaczenie mają też zwykłe przedmioty, czego dowodem jest działalność Jeffa Koonsa i Marcela Duchampa, którzy uczynili je obiektami sztuki. Co więcej, jak pisze Magdalena Ujma, takimi dziełami mogą być też „sytuacje, wydarzenia, spotkania, sama idea czy wreszcie odbicie w kałuży, cień albo promień słońca”.
Nie brakuje tu zabawnych anegdot, jak tych z udziałem wspomnianego Duchampa i Maxa Ernsta w jego dzieciństwie. Również opowieści mrożących krew w żyłach, wśród nich tej o fregacie Méduse, której historia zainspirowała Théodore’a Géricaulta do namalowania obrazu na jej temat. Są też opowieści inspirujące życiowo, do których zaliczyć można fotograficzne dzieła autorstwa Nan Goldin, będące ważnymi wypowiedziami społecznymi. I ciekawe przemyślenia, choćby to dotyczące Jana Vermeera, że jego dzieła określa się czasem jako martwe natury złożone z ludzi.
Jeśli więc skandal według swojej definicji jest zdarzeniem wywołującym oburzenie lub zawstydzenie, nie jest nim z pewnością ta książka; jednocześnie nie sposób przy niej dokonać żywota z powodu znudzenia. Przeciwnie, pobudza do życia z szeroko otwartymi oczami, rozumem i sercem.
Dzisiejszy gust i współczesne przekonania na temat najbardziej cenionych wartości artystycznych zostały ukształtowane przez twórców, którzy odważyli się przełamać konwencje akademizmu. Było im trudno, wywoływali skandale, narażali się na szyderstwa, ich dzieł nie przyjmowano na wystawy, mieli kłopoty ze sprzedażą swoich prac. Ale to dzięki nim podział na sztukę wysoką i niską uległ zatarciu.
Rafał Kowalski © 2026
Magdalena Ujma, Skandale w sztuce, Wydawnictwo Smak Słowa, Sopot 2026, ss. 384
