Płyńmy
zostawić trzeba za plecami
darniowe brzegi
brzemienne letargi
nasenne leki na szpitalnej tacy.

Ewa Kuryluk najwyraźniej sporą estymą darzy papier. Swego czasu często używała go w swojej twórczości artystycznej; na papierze zapisuje też zdania w formie poezji i prozy. Tym razem postanowiła podzielić się wybranymi wierszami, które tworzyła przez blisko pięćdziesiąt lat począwszy od 1970 roku (zebrane wydane zostały przez Biuro Literackie). W nich spotykają się choćby piękno natury i niepokój, codziennie sytuacje i osoby bliskie Autorce, zwłaszcza te już nieżyjące.

W jednym z tych wierszy pisze o mieście słońcem podzielonym na ulice światła i cienia. I faktycznie w utworach z „Pani Animy…” pojawiają się kontrasty. Wrzesień potrafi pachnieć miętą i rumiankiem, a żyłkowate liście zachodzić czerwienią; jednak jesień też „zaciska lodowate usta”. Bywa, że owoc jest toczony robakiem, wtorek szarzeje dżdżysto, a słońce może oblewać wrzątkiem, innym razem, blade, nie ogrzeje kamiennej ławki.

Częścią natury jest człowiek, który w tych wierszach może dążyć do świętości; warto jednak, by pamiętał, że – według Autorki – „świętość to cudowny środek / do zagłady obcych i swoich”. Człowiek kocha, odchodzi, zaszywa się w śpiworze melancholii… Może mieć również nadzieję, że rana się zabliźni i ponownie będzie można pójść na spacer.

Wydaje się, że dla Ewy Kuryluk szczególnie ważna jest pamięć o nieżyjących już jej rodzicach i bracie. Jej mama Maria, a właściwie Miriam z domu Kohány również pisała wiersze, które po jej śmierci córka znajdowała – na przykład na kawałkach i resztkach spalonych kartek. Jeden z nich, zatytułowany „Powrót”, przetłumaczony z języka niemieckiego przez Ewę Kuryluk i zamieszczony w tej książce, w przejmujący sposób sugeruje spotkanie Miriam z jej rodzicami i siostrą („Nigdy nie zapomnę / Jak stoi przede mną / Wyciągnęła ręce / Zaraz mnie obejmie”). Być może miało we lwowskim getcie, albo w miejscu, w którym się ukrywali. W każdym razie zginęli, Miriam przeżyła i uwieczniła ich w swojej twórczości.

Ewa Kuryluk pamięta też o swoim bracie Piotrze i ojcu Karolu. Ten drugi, kiedy miał kilka lat, czytał jej na głos wiersze Juliana Tuwima i chwalił talent do nauki języków (przyda jej to przy dokonywaniu tłumaczeń). Gdy zaś podrosła i oświadczyła, że zdaje na Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie, usłyszała od niego, by obiecała, że po zdaniu pójdzie na kurs pisania na maszynie. Tak zrobiła, a w jednym ze swoich wierszy pisze o nimfie hamadriadzie w brzozie ojca, trzykrotnym stukaniu w konar i wymawianiu szeptem jego imienia.

Ewa Kuryluk w swoich wierszach zatrzymuje fragment ręki w ułamku światła, wodę ściekającą z dachu na parapet, szron obrzeżający źrenice, pająka drzemiącego w pąku kwiatu. A kiedy pisze o poezji, w pewnym momencie przyznaje, że już sobie zaprzecza. Można pójść tym tropem i po przeczytaniu fragmentu o ogołoconej werandzie pamięci, uśmiechnąć się i stwierdzić, że swoimi wierszami Autorka tę werandę ukwieca.

trzeba kochać do końca
tam gdzie nie ma już słuchu
tylko dotyk i dotyk i dotyk.

Rafał Kowalski © 2026

Ewa Kuryluk, Pani Anima czyli Kangór, Biuro Literackie, Kołobrzeg 2026, ss. 208