Gdy nieraz głód czy chłód nas kąsały, a i źli ludzie potrafili dwóch Żydków na polnej drodze zaczepić, to tate mój umiał zawsze w takim złym dniu znaleźć dużo dobra. Wkładał sobie rano kilka kamyczków do prawej kieszeni kapoty albo spodni, ot, takich polnych, malutkich, leciutkich, żeby mu przecież w drodze nie ciążyły, a wieczorem przekładał je do lewej kieszeni. Ale w taki specjalny sposób. Trzymał w dłoni jeden z kamyczków wyjęty z prawej kieszeni i pytał się sam siebie i mnie: to co miłego, co dobrego się nam dziś zdarzyło? Przebiegaliśmy myślami ten dzień, który się właśnie kończył. Zawsze, no zawsze się coś znalazło!.
Na jednej ze stron tej powieści opartej na faktach jest ciąg imion; wśród nich są na przykład Brajndl, Zalman, Ryfka, Szmil, Hinda… Joanna Jaworska podkreśla, że wszystkie one zostaną zgładzone, nawet jeśli niektórzy ich posiadacze przetrwają ostatnią wojnę światową. To nie do końca prawda, bo jeśli właściciele tych imion zmienią je z różnych powodów, te oryginalne przecież Autorka ocala w tej książce. Ponadto ratuje jeszcze więcej.
Tytułowe Złotniki to wieś w Ukrainie położona około pięćdziesięciu kilometrów od Tarnopola; jeszcze przed 1939 rokiem była w granicach II Rzeczpospolitej. Właśnie w przedwojennych Złotnikach urodziła się Ryfka Flaszner. Jej syn Juliusz Glaser i jego żona Elżbieta są przyjaciółmi rodziców Joanny Jaworskiej; namówili ją do napisania powieści inspirowanej życiorysem Ryfki.
Autorka zabiera więc w przestrzeń, w której rytm wyznaczają silny prąd rzeki Strypy, zaplatanie warkocza chałki, wdychanie lata i patrzenie na spadające płatki śniegu… Kojące ciepło bijące od pieca, opowieści zwyczajno-niezwyczajne, jak ta o rabinie, któremu na policzku róża zakwitała w szabas. Moczenie nóg w kałuży, wiadomości i muzyka płynące z radia w domu Fejweła – obejrzeć to cudo przyszli nawet wspólnie miejscowi duchowni różnych wyznań)… No i ludzie; wśród nich tacy, o których szerzej wiadomo może więcej, jak lwowska poetka Anda Eker. Ale też postacie znane mniej, tworzące złotnicki mikrokosmos: Szmil puszczający oko, kiedy wręcza pieniążek swojej wnuczce („Jak tak bez słodkiego cukierka tyle godzin na wozie jechać”); Suwa pisząca list z daleka i tęskniąca za „naszą przyrodą”; Natan wadzący się z Bogiem; Ryfka uwielbiająca recytować wiersze („Była w tym najlepsza w klasie, wszyscy to wiedzieli”); Dawid marzący o ziemi obiecanej; Zalman uczący się w gimnazjum i mający wyrosnąć na człowieka „mądrego i dobrego”, nawet jeśli po kryjomu pali papierosy i nie garnie się do religijnych rytuałów.
Czytelnicze nasiąknięcie tym sprawia, że zderzenie ze złem, które nadchodzi, boli tym bardziej. Ono objawia się stopniowo; najpierw kamykami rzucanymi przez łobuzów w dziewczynkę z okrzykiem „Ty Żydówo!”, i antysemickim dokuczaniem ze strony uczennicy w szkole. Przeradza się w niszczenie na przykład domów modlitwy, następnie w masowe upokarzanie i mordowanie. Dokonują tego przedstawiciele wielkich mocarstw opętani demonem wielkości i nacjonalizmu, i ich pomocnicy; często sąsiedzi tych, którym zadają cierpienie i śmierć… Tym bardziej warto podkreślić, że w tym morzu zła pojawiają się pozytywne wyspy – choćby w osobie Ukrainki mającej męża Polaka, którego Niemcy razem z ich córką wywieźli na roboty w głąb swojego kraju.
Ona również zostaje uwieczniona w tej książce, bo przecież w dużej mierze dzięki niej wspomniany Juliusz Glaser może pewnego dnia krzyknąć do słuchawki telefonu: „Mamo, a ty jesteś prababcią! (…) A ja dziadkiem!”. Mogą rodzić się kolejne dzieci, jak liście i owoce na gałęziach dwóch śliw, zasadzonych w Złotnikach przez ojca Szmila.
Dzisiaj Zalman jest ważny, bo wyjeżdża do szkoły na dwa miesiące, aż do wakacji. (…) Jak pokazać światu, że ich syn i wnuk wyrośnie na mądrego i dobrego człowieka, no jak? Trzeba się starać, każdy po swojemu, wrzucić go w ten daleki świat: najpierw gimnazjum, potem matura, a później studia we Lwowie albo może i jeszcze dalej, kto wie.
Rafał Kowalski © 2026
Joanna Jaworska, Ryfka ze Złotnik, Wydawnictwo Gruszka 2025, ss. 464
