Jeśli chodzi o krowy, to była jedna. Mina urwała jej część nogi. Miała na imię Mania (…) W Rudym Kocie Mania mieszkała w trawiastym ogrodzie. Zaczęła chodzić, bo na drukarce 3D zrobili tu dla niej protezę. (…) Zakochał się w niej pies z potrzaskaną kością miedniczą. Potracony przez samochód. Szczekał, kiedy do Mani podchodzili ludzie. Zapewne z zazdrości. Piękna to była miłość. I dramatyczne rozstanie. Szła zima, Mania nie miała całych płuc, musiała zostać odwieziona do ciepłej obory. Tam drut, który zjadła z sianem, podziurawił jej żołądek i serce. Skonała w bólach. A jej pies, wciąż w Rudym Kocie leczony, stracił nagle siły i też zaraz umarł.

Po premierze kolejnej książki autorstwa Wojciecha Tochmana, jednego z najzdolniejszych reporterów polskich, na następną trzeba czekać średnio kilka lat; i właściwie każda z nich czytelniczo zabiera w inny rejon świata. Dla przykładu w 2019 roku ukazało się „Pianie kogutów, płacz psów”, jego wybitne dzieło o Kambodży po ludobójstwie. Cztery lata później po raz pierwszy można było sięgnąć po „Historię na śmierć i życie” – o pierwszej w Polsce kobiecie skazanej na karę dożywotniego więzienia, zarazem hołd dla nieżyjącej reporterki Lidii Ostałowskiej. Natomiast w 2026 roku w „Delfinach i Belzebubie” (Wydawnictwo Literackie) Autor zaprasza do Ukrainy, gdzie rozłącznie i nierozłącznie splata się los tamtejszych ludzi i zwierząt.

Kiedy żołnierze ukraińscy z bronią w ręku walczą z Rosjanami w obronie swojej ojczyzny i całej Europy, trwa walka o życie zwierząt w tym kraju. Bo przecież każde życie ma znaczenie. To również bój o ludzką godność. Ihor ratujący życie zwierząt z narażeniem swojego twierdzi, że one rodzą się, by być przyjaciółmi człowieka, tworzą z nim więzi, tęsknią za nim. Według niego więc to także ratowanie ludzkich sumień, człowieczeństwa.

Anna, kiedyś wielokrotna rekordzistka świata w trójboju siłowym, okrzyknięta najsilniejszą kobietą na naszym globie, w Chersoniu zatopionym przez Rosjan i pod ich ostrzałem ściągała z dachów psy i koty z wierzchołków drzew. Lala nie usiądzie na miejscu, jest zawsze w biegu. Żenia zwierzęta operuje, Rusłan chce nadawać znaczenie każdemu życiu. Swieta zaś mówi, że dookolny świat jest dla zwierząt straszniejszy, dlatego ona tym bardziej stara się go uczynić piękniejszym.

Reporter przytacza historię miłości zakochanych w sobie bohaterów frontowych, których rozdziela bomba kasetowa. Jedno z nich zaraz po pogrzebie drugiego zgłasza się do jednej z miejscowych organizacji ratunkowych, chcąc ocalać zwierzęta z tak zwanych stref śmierci. Stanisław po wyjściu z niewoli przechodzi terapię, a jego życiowym towarzyszem jest zwierzak, którego poznał jeszcze w rosyjskim piekle („Kot mi pomógł w najczarniejszych chwilach. Dzięki kotu nie straciłem rozumu”). W szturmie na Wyspę Węży bierze udział tak zwany Koci Tata, a Ołeksandra doznaje czegoś zwykłego-niezwykłego, kiedy w Dymerze rozpaczliwie stara się o jedzenie dla zwierząt.

Wojciech Tochman w „Delfinach…” pisze o tym wszystkim językiem oszczędnym („Granatowe niskie niebo. I wiatr. Nic więcej”) i pobudzającym wyobraźnię („Całe osiedla w potłuczonym szkle. Chrzęści nam pod butami”; „Pociski fruwają jak ptaki”, „Kiedy Charków z powodu blackoutów stał się miastem ślepców”). Zdarza mu się nawiązać do Mickiewicza („Nasz samochód nurza się w zieloność i, wiadomo, jak łódka brodzi. W błocie”) i zdecydowanie unika patosu; na kartach tej publikacji ludzie i zwierzęta giną i ciepią nie tylko fizycznie („Wszystko dla mojego synka mogłam zrobić, potwierdza Tetiana, poza tym, że go nie mogłam obudzić”), a on sam dźwiga ciężkie klatki z psami, tuli spanikowane zwierzęta, na swoje spodnie przyjmuje ich wymioty. I boi się tak samo, jak choćby kilkadziesiąt lat temu w Sarajewie oblężonym przez snajperów.

Tą książką zrodzoną też z niechęci do milczenia w obliczu zabijania, upamiętnia również pewnego Belzebuba. Przede wszystkim jednak składa hołd tym wszystkim ludzkim aniołom, o których opowiedział; myśli o nich z wdzięcznością i podziwem. Martwi się o nich i wspiera, co mogą robić także wszyscy inni, choćby finansowo.

Bo ta opowieść nie kończy się po napisaniu tej książki i jej przeczytaniu, cały czas się toczy.

I w Rodynskiem, na przedmieściach zrujnowanego już wtedy Pokrowska. Spotkaliśmy tam Polinę, kolejnego anioła na kompletnym bezludziu. Ta młoda kobieta kursowała pod dronami od jednego opuszczonego domu do drugiego i z całego miasteczka zabierała do siebie porzucone zwierzęta. My je potem ewakuowaliśmy. Nie było czasu, by dłużej pogadać, czego bardzo żałuje. Każdego psa, którego wkładaliśmy do klatki, Polina czule przepraszała. Za wszystko, co mu człowiek zgotował. I prosiła o wybaczenie.

Rafał Kowalski © 2026

Wojciech Tochman, Delfiny i Belzebub, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2026, ss. 200