Zaczekaj, Kasprze, powiedział Mann. Wydaje ci się pewnie, że pochodzisz wyłącznie z ziemi, sadzy, bruku, ziemi, pyłu, powietrza i słońca, ale mylisz się, to nie wszystko. Założę się, że jesteś analfabetą, hm?, spytał, a gdy odparłem: Falbano-co?, uśmiechnął się i mówił dalej: Jesteś kimś więcej, choć o tym nie wiesz, i dzięki temu jesteś prawdziwy. Jesteś opowieścią, jesteś literaturą. W twoich żyłach zamiast krwi płynie pieśń ludowa. Sądziłem, że takich ludzi już nie ma. Są, owszem, w wioskach, miasteczkach, ale kto ich tam znajdzie? Trzeba by wędrować i szukać jak Bartók czy Erk. Ty natomiast, niczym Dyl Sowizdrzał, jesteś wędrowcem i przyszedłeś tu sam.

Maciej Płaza wraca ze swoją nową książką po pięciu latach od premiery jego „Golema” (Wydawnictwo W.A.B.). Wątpiącym, czy stworzy dzieło na podobnie wysokim poziomie, można zacytować zdanie ze wymienionej powieści: „Mylili się ci, co sądzili, że znają odpowiedź”. I uspokoić, że „Kasperl i Margit” (Wydawnictwo Literackie) to dowód, że cierpliwość może popłacać, w tym przypadku nawet bardzo.

Autor osoby czytające przenosi do kilku europejskich krajów w pierwszych trzech dekadach dwudziestego wieku. Bynajmniej nie jest to jednak podręcznik szkolny, nie ma tam tylko postaci i wydarzeń znanych.

Bo jeśli pisze na przykład o Helenie Modrzejewskiej, to w kontekście dziewczynki, która widzi ją na scenie w roli Lady Makbet, i marzy, by być taka jak ona („Trzymać w rękach przeznaczenie: własne, granej postaci, zachwyconych widzów, kreślić palcem znaki piękna, radości i zguby”) w miejscu pełnym „czarów, gdzie kamień zamienia się w kryształ”. Pierwsza wojna światowa ma twarz mężczyzny, który wprawdzie wrócił z frontu, ale tak naprawdę umarł w sobie. Powstanie Wielkopolskie to choćby niejaki Roman, w którego wpatrzony jest chłopiec pozbawiony opieki rodzicielskiej; czy to w ogniu walki, czy wtedy, kiedy obaj chwytają za akordeony („Roman otwiera kastę i wiesza sobie na ramionach czarniawo błyszczącą Weltmistrzynię, swoją dawną kochankę, porzuconą, stęsknioną”). A rodzący się faszyzm z Hitlerem na czele to również lekceważenie tego ze strony osób oświeconych i kulturalnych („Naród, który tak ceni wykształcenie i ogładę, nie odda władzy w ręce prostaka”), i szczery strach tych, którzy chcą jednak widzieć więcej.

Maciej Płaza stara się przedstawić hedonizm artystycznego Berlina i łotrzykowsko-honorową atmosferę poznańskiego Chwaliszewa. A to, jak prezentuje mowę chwaliszewskich mieszkańców, jest prawdziwym mistrzostwem riserczu, po prostu „łejeryniu” (na końcu książki zamieszczony jest słowniczek najważniejszych terminów z gwary poznańskiej i germanizmów). Do tego ówczesny Poznań z jego dźwiękami („Biły dzwony katedry, oficery piszczały w gwizdki w koszarach na świętym Wojciechu i trąbiły na capstrzyk w Forcie Rauch”), płynącą Wartą, teatrami i targowiskami; mgłą unoszącą na ulicznym brukiem, wiosennym rozkwiecaniem się w laskach Dębiny i ogrodach Szelągu… Kto wie, czy ten Autor rodem z mazowieckiej Opinogóry nie zasłużył na honorowe obywatelstwo stolicy Wielkopolski. Może i Berlina również, z jego bywalcami szalonych zabaw, walką o spełnienie artystycznych marzeń, filmowym wizjonerem Friedrichem Wilhelmem Munrauem i Gurro z ulicy Klauckerstrasse, który „był klaunem smutnym, bo całą wesołość zużywał w cyrku”.

Choć Autor pisze też o wydarzeniach i postaciach powszechnie znanych, znajduje dużo miejsca na intymność. W tym na rozstanie, kiedy to mężczyzna staje za kobietą, robi w jej stronę „dwa kroki po skrzypiącym upiornie starym parkiecie, zaraz jednak zatrzymał się, bo powiedziałam: Już nie, a potem powtórzyłam, na wypadek gdyby chciał mnie objąć (…)”. Są przemyślenia na temat mitu o Orfeuszu, który miał możność uratowania Eurydyki, co miało być zarazem boską łaską i drwiną; również rozważania o Fauście niezasługującym na potępienie („(…) bo był człowiekiem poszukującym i poznającym, a przy tym wyzbytym pysznych i zgubnych uroszczeń, i takiego badacza świat nie potępia, przeciwnie, odsłania przed nim swoje sekrety”) – tutaj na myśl może przyjść wspomniana powieść „Golem”, gdzie prawdziwa świętość oparta jest na przykład na zwątpieniu i pragnieniu… Mowa jest również o wdzięku marionetek czystym jak u dziecka, niebędących „ani człowiekiem, ani aktorem, ani graną postacią, (…) raczej po trosze nimi wszystkimi”. Tworzonych też dlatego, że człowiek „stara się poznać Boga poprzez tę samą sztukę, której użył Bóg do stworzenia człowieka”.

Maciej Płaza słowem pisanym umie rozśmieszyć („Zatelefonowała do Miniścierwstwa Pornopagandy i Ośmieszenia Publicznego”), zagaić poetycko („Klauckerstrasse zbudowana jest z sadzy i dymu, okna ma z ceglot i szmat, kominy z cerowanych pończoch, a tutejsi ludzie pozszywani są z tego, co spadło z wózków nośpłatom”), zwrócić uwagę na szczegół, jak krople potu na rozgrzanym ciele, zaintrygować porównaniem („bezmiar biedy rozpostarł się przede mną jak wyliniały dywan na lumpenbalu”). Potrafi też wycisnąć czytelnicze łzy i jednocześnie sugerować, że warto ratować swój śmiech niezależnie od tego, co się dzieje.

Spytałem, jak ma na imię. Szarlota. Czemu tak dziwnie? Bo jestem hanyska, nie lubię po polsku. (…) Marzy mi się, powiedziała, żeby któregoś dnia przypłynął Wartą wielki okręt o siedmiu żaglach i czterdziestu armatach, żeby dał ognia z tych armat, bach, bach, bach, i żeby całe to parszywe miasto rozpirzyło się w gruzy. (…) Potrzebny mi jesteś (…) Żeby mnie stąd zabrać. W inne miejsce, inne życie. Ja się boję, rozumiesz? Nie wrócę tam, skąd przyszłam, a tam dokąd chcę pójść, jest… nie wiem, sama, jak to nazwać. Czarny ocean pełen żarłaczy.

Rafał Kowalski © 2026

Maciej Płaza, Kasperl i Margit, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2026, ss. 656