Przed świtem światło jest szare / a świat wyglądał tak / jakby przysypał go pył / ze zmielonej nocy. / Pierwsze otrzepują się drzewa / potem łąki potem domy / i cienie przy domach. / Jeszcze wdychamy ten pył / kiedy wchodzi słońce / a łąki powoli niebieścieją. / Nie mówię wiele / bo co tu mówić?

Wygląda na to, że Wojciech Bonowicz coraz częściej woli zatrzymać się, by obserwować ruch kogoś i czegoś, niż samemu być w ciągłym biegu. Tak, jak postać stojąca z fotografii (autorstwa Macieja Maciek Bielawski) na poniższej okładce. W najnowszym zestawie swoich wierszy, wydanym w tym roku przez Wydawnictwo a5, zwraca uwagę na kasztanowce w deszczu, śpiew ptaków, sennych pracowników w starym żuku, chmury sunące po niebie, śnieg padający mokry i przytulny… Może też motywuje go świadomość przeoczenia w przeszłości tego i owego, przez co chce być uważny jeszcze bardziej.

W jednym z wierszy w „Bardzo” przyznaje, że nie skorzystał z zaproszenia niejakiego Briana; gdy ten zmarł, Autor usiłował odszukać kartkę, na której „zapisał mi adres / i numer telefonu. No ale jak to ja – wcisnąłem ją gdzieś / tak że teraz za nic w świecie jej nie znajdę”. Innym razem ogarnia go panika, kiedy ma wyrzucić stare pożółkłe wycinki, bo może warto przejrzeć je raz jeszcze i coś zachować. W jeszcze innym wierszu pisze o postaci, której ręce całował, ona zaś całowała ręce jego – ze słowami, by nie odchodził i pytaniem, czy musi; on się wtedy zastanawiał, czy musiał iść…

Kto wie, czy wobec tego tym bardziej niż na miasto woli, na przykład w upalne popołudnie, patrzeć na owada uderzającego w szybę i psa leżącego pod oknem. Wyłuskiwać takie szczegóły, jak grudki błota spadające na posadzkę. Przyznawać, że właściwie przez cały dzień mógłby kręcić się po podwórku, a w deszczowe dni czytać, i zagłębiać się we wspomnieniach. Dostrzegać coś, co, niewykluczone, w przeszłości mu umykało. Wtedy, można mniemać, jest większa szansa, by w umyśle oczyszczonym z nadmiaru zgiełku zrodził się wiersz taki, jak ten o Gabrielu Garcíi Marquezie, który ma napisać coś oryginalnego o Williamie Goldingu, więc dzwoni do jego sąsiadki…

Innymi słowy objawia się Wojciech Bonowicz taki, którego nie sposób było nie lubić, kiedy na przykład w 2019 roku pojawiła się jego książka „Dziennik końca świata” (Wydawnictwo Znak); a w niej choćby taki fragment: „>>Jeszcze Polska nie zginęła<<… Tak, chyba tylko te cztery słowa naszego hymnu lubię. Kiedy je śpiewam, myślę nie o legionistach Dąbrowskiego. Ale o tych wszystkich ludziach z bud przy trasie, z drobnych sklepików w małych miastach, ze stoisk rozłożonych w świąteczne dni pod cmentarzami. O burmistrzach i radnych małych miast, którzy próbują zdobyć pieniądze na remont chodnika i jednocześnie ocalić bibliotekę. O kościołach, w których wieczorem pali się światło, a często jest to jedyny rozświetlony budynek w wiosce”.

W innym z wierszy w „Bardzo” Autor przyznaje, że chciałby żyć jeszcze dwadzieścia, może trzydzieści lat. Dodaje przy tym, że to chyba niemożliwe, ale chociaż by na jego widok „ludzie uśmiechali się: >>Dobrze że go spotkałem<<”… Też się cieszę, że kilka razy spotkałem go osobiście, i poznałem jego pisanie, w którym będzie już zawsze. W myśl jego podkreślenia, że właśnie wierszowi oddał ostatnią koszulę, i że to wszystko będzie kiedyś należało właśnie do utworu poetyckiego jego autorstwa.

Okolica się zabudowuje. Ciężarówki z zaprawą / traktorki z drewnem na przyczepach stary żuk / wożący sennych pracowników radia grające / na okrągło. Mrowisko – ale w dzień. Wieczorem / wszystko znika. Domy stygną w oczekiwaniu / okna są puste i ciemne.

Rafał Kowalski © 2026

Wojciech Bonowicz, Bardzo, Wydawnictwo a5, Kraków 2026, ss. 56