Bill LaBounty
Love At The End Of The World
Mid Life Crisis 2026, TT: 43’00”

Bill LaBounty należy do grona tych artystów, którzy nigdy nie byli gwiazdami pierwszej wielkości, ale przez dekady konsekwentnie budowali reputację twórcy o wyjątkowym wyczuciu melodii i brzmienia. LaBounty w latach 70. i 80. zasłynął jako przedstawiciel soft rocka, a jego utwory do dziś uchodzą za klasykę tzw. „yacht rocka”. Równolegle rozwijał się jako ceniony songwriter, pisząc dla innych wykonawców i współtworząc brzmienie epoki.

Na tym tle jego najnowszy album „Love At The End Of The World” jawi się jako dzieło zaskakująco skromne, niemal kameralne. Płyta została nagrana w Paryżu, po tym jak LaBounty nawiązał współpracę z producentem Frédéricem Schwartzem i grupą lokalnych muzyków, których poznał na klubowej scenie (m.in. w New Morning). Co jednak nietypowe – mimo premiery albumu nie opublikowano pełnej, oficjalnej listy wykonawców biorących udział w sesjach. Wiadomo jedynie, że zamiast znanych amerykańskich sidemanów artysta postawił na europejski, paryski skład, co wyraźnie odróżnia ten projekt od jego klasycznych nagrań z udziałem studyjnej elity Los Angeles.

Muzycznie album „Love At The End Of The World” pozostaje wierne estetyce, z której LaBounty zasłynął, ale filtruje ją przez współczesną produkcję. Dominują miękkie harmonie, eleganckie partie klawiszy i spokojny groove, a wokal artysty – wciąż ciepły i nienachalny – prowadzi słuchacza przez zestaw wyciszonych, refleksyjnych kompozycji. To jednak nie jest proste odtworzenie dawnego stylu, brzmienie płyty jest bardziej sterylne, momentami wręcz laboratoryjne.

Największą siłą tej płyty pozostają same utwory. LaBounty nie próbuje gonić trendów ani udowadniać swojej aktualności – zamiast tego proponuje materiał spokojny, dojrzały i konsekwentny stylistycznie. W rezultacie album „Love At The End Of The World” to płyta, która nie tyle ogłasza wielki powrót, ile potwierdza ciągłość artystycznej drogi. LaBounty pozostaje wierny sobie – nawet jeśli jego nowa muzyka brzmi bardziej współcześnie niż kiedykolwiek wcześniej. To subtelna, dopracowana i momentami nawet zbyt wygładzona odsłona stylu, który dla wielu słuchaczy wciąż pozostaje synonimem klasy i dobrego smaku. A poza tym, ta muzyka zdaje się zwiastować nadchodzące lato i to jest wystaczający powód, że wcisnąć „play”.

Najnowszy album Billa LaBounty – „Love At The End Of The World” polecam zdecydowanie.

Jacek Bulak © 2026

Albumu można posłuchać w serwisie Apple Music.