„Dzieci ma się po to, żeby mieć z kim czytać” – powiedziała kiedyś Inga Iwasiów. To przecież jedna z niewielu okazji, kiedy możemy podzielić się tym, co zazwyczaj jest intymne. I dzieci ma się po to, żeby razem z nimi wracać do swojego dzieciństwa. (…) W tym wieczornym czytaniu chodzi też o to, żeby rodzic mógł na chwilę sam stać się dzieckiem, cofnąć się do najwcześniejszych lat, zawiesić na chwilę codzienną walkę rodzice – dzieci. Najłatwiej mi stać się dzieckiem, właśnie kiedy czytam coś z mojego dzieciństwa.
Justyna Sobolewska w tej książce (wydanej przez Wydawnictwo Iskry w 2025 roku) któregoś wieczoru staje przed regałem i wypowiada słowa: „Kochane książki”; rozsuwa, przekłada, sięga w głąb… I kiedy w końcu odnajduje to, czego szuka, przyznaje: „Z książkami trzeba po prostu miło rozmawiać, wtedy wszystko da się znaleźć”… Bowiem największą wartością tej i innych publikacji tej Autorki wydaje się to, że Ona traktuje książki jako żywe i bliskie sobie byty; uczestniczki i świadkinie Jej codziennej relacji z ludźmi dla Niej istotnymi.
W Jej opowieści biograficznej o Kornelu Filipowiczu (Wydawnictwo Iskry, 2020 r.) tytułowy bohater, tworząc kolejne opowiadania, stara się otworzyć na swoich synów; wcześniej sam mierzył się z milczeniem własnego ojca. W książce o swojej babci Jadwidze Stańczakowej (Wydawnictwo Znak, 2024 r.) Justyna Sobolewska rzuca światło na znaczenie słowa pisanego w relacji Jadwigi i Mirona Białoszewskiego – jednocześnie wplata w to więź dwóch przedstawicielek różnych pokoleń: poddawanie się babci „apodyktycznym zapędom” wnuczki, wchodzenie tej pierwszej pod biurko i stół; ich rozmowy o sukienkach, przyjaźniach, robieniu siku po stosunku; wspólne czytanie książek na głos, Justynowe prowadzenie Jadwigi przez ulicę, kiedy ta pierwsza ma pięć lat… Natomiast w „Książce o (nie)czytaniu” mocnym akcentem są sytuacje, kiedy Autorce jej ojciec czyta na głos na przykład na przystanku po noclegu w schronisku młodzieżowym urządzonym w szkole; z czasem ona sama czyta książki swoim synom.
Ta publikacja utkana jest też ze zdań istotnych dla Autorki, które zapisała lub zapamiętała podczas czytania książek; zdań przede wszystkim będących podkreśleniem, że literatura bywa ważną częścią ludzkiego życia. I tak Orhan Pamuk po dwudziestu ośmiu latach sięga po „Pustelnię parmeńską” Stendhala, znajduje tam swoje notatki na marginesach i wtedy czuje „sympatię do tamtego naiwnego chłopaka, który tak bardzo chciał zrozumieć życie i stać się lepszym człowiekiem”. Jan Potocki wędruje przez Kaukaz i w ponadczasowej relacji z twórczością Herodota znajduje „więcej zadowolenia niż w rozmowie z niejednym żywym człowiekiem”. Sándor Márai prawi o stu książkach, które dały mu „w życiu najwięcej, najwyższy stopień odczucia sensu istnienia”; dodaje, że nie żałuje tego, czego nie przeżył, żałuje jednak wielu książek, których nie przeczytał. Alberto Manguel zaś przyznaje, że na ten świat przychodzimy „z potrzebą znalezienia we wszystkim jakiejś narracji: w krajobrazie, na niebie, w twarzach innych ludzi, a ponad wszystko w obrazach i słowach, które stworzył nasz gatunek” – dlatego czytamy „żywoty własne i cudze, odczytujemy historie społeczeństw, w których żyjemy, czytamy w obrazach i budynkach, wreszcie – czytamy to, co znajduje się miedzy okładkami”.
Autorka pisze o doświadczeniach, również swoich, z prywatnymi księgozbiorami, książkowymi zakładkami („Jan Gondowicz uważa, że najdoskonalszymi zakładkami są kocie wąsy”), dedykacjami, książkami ukochanymi z różnych powodów (jak „Czarodziejska góra” Manna właśnie dla Justyny Sobolewskiej), tytułami publikacji, książkami zagubionymi i niepowstałymi, spotkaniami z osobami czytającymi na przykład na plaży…
Pojawiają się życiowe dylematy z udziałem książek, jak wtedy, gdy dwoje ludzi zechce połączyć swoje biblioteki, albo rozdzielić je po rozwodzie. Jest swoista rywalizacja między książkowymi kochankami dworskimi i namiętnymi: „Dworscy z największym zgorszeniem patrzą na zagięte rogi i – nie daj Boże! – notatki na marginesie. Namiętni zaś potrafią robić z książkami zakazane rzeczy: czytać w wannie albo w saunie, a nawet wyrywać kartki”. Jest też lęk, że nie zdąży się przeczytać tego, co chcemy, i umrzemy. Miejscami groza, jak w opowieści o „Akademii Pana Kleksa” i paleniu książek, miesza z sytuacjami humorystycznymi – kiedy przepełniony fobiami Hans Christian Andersen na stoliku nocnym zostawia kartkę: „Ja tylko wyglądam jak umarły”, by nie pochowano go żywcem.
Justyna Sobolewska chwilami też maluje słowami obrazy działające na wyobraźnię: w „Jadwidze” na przykład byli to niewidomi podający sobie cegły i śnieg prószący na ulicę Krochmalną; tu jest choćby światło padające przez wysokie, zakurzone okna starej biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego i wędrujące po książkach… I sugeruje, by dalszy ciąg jej dzieła każda z osób je czytających dopisywała sobie sama każdego kolejnego dnia swojego życia. To jakby zachęta do udziału w literackiej sztafecie: otwierania kolejnej książki i zanurzania się w jej treść; a po wypłynięciu, oby, pamiętania o niej i chęci rozmowy na jej temat z kimś innym.
Jest zresztą coś ożywczego w podnoszeniu wzroku znad książki, czytnika, komputera, telefonu, i patrzeniu w dal. Aż drzewa zatracą kontury. Patrzenie w dal trudno uprawiać w mieście, gdzie widok ogranicza się do sąsiednich budynków. Ale w mieście można, jak Marcin Wicha, oglądać odboje w starych bramach, studiować pokrywy studzienek kanalizacyjnych i resztki brudu. W mieście wszystko nadaje się do czytania. Możemy wtedy jednak odkryć, że żyjemy razem z duchami przeszłości.
Rafał Kowalski © 2026
Justyna Sobolewska, Książka o (nie)czytaniu, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2025, ss. 303
