Najgorsze jest podejrzenie, że teraz ty patrzysz na mnie tak, jak ja patrzyłam na swoją matkę. I to jest, moja córko, trudne do zniesienia. Przecież ja tak bardzo nie chciałam być nią. Wiem więc, że teraz ty bez względu na wszystko nie chcesz być mną. Z tego rodzi się bunt: dlaczego widzisz mnie źle? Nie powinnam być tak widziana. Robisz błąd, muszę go naprawić, muszę! Muszę powiedzieć ci, jak jest naprawdę. To z jakiegoś powodu absolutnie najważniejsze.
Karolina Lewestam w tej książce (wydanej w tym roku przez Wydawnictwo Czarne) nie daje się szufladkować nawet sobie. Kiedy pisze, że jest starą babą po czterdziestce, od razu sugeruje, że bywa niedojrzała i nie daje rady naśladować pożądanego wzorca. I choć z upływem czasu chce się uwolnić od pewnych kobiet w swoim życiu, pisze o nich tak, jakby sugerowała, że nie jest to możliwe w pełni. Chyba dobrze, bo z nimi jest pełniejsza, ze swoją zachłannością na człowieka, na którym jej zależy.
Jest w „Szmatach” scena, kiedy pod wpływem pewnego zdarzenia przedstawicielki trzech pokoleń, spokrewnione ze sobą, zaczynają śmiać się „tak pierwotnie”. Ten wspólny śmiech wydaje się czymś, co łączy ich drogi, czasem oddzielne i kręte również przez brak wzajemnego zrozumienia. Czy ten śmiech jest czymś, co sugeruje Autorka, kiedy pisze, że być może „jedyną nadzieją na relację jest kapitulacja”? Nawet jeśli, poddanie się to wydaje się pozytywnie oczyszczające.
Lewestam za czytelniczą dłoń chwyta mniej („ubiory mojej mamy wkurwiały ją po prostu niemożebnie”) i bardziej poetycko („Jak pęcherze powietrza długo uwięzione pod wodą nagle na powierzchnię pamięci zaczęły wystrzeliwać cudowne obrazy o matkach”), z nawiązaniem do Herkulesa Poirot i Sylvii Plath – i prowadzi przez swoje dotychczasowe życie. Głównym przewodnikiem czyni własne ciało, przez to jej opowieść wydaje się jeszcze bardziej bliska i uniwersalna. Jest tu zderzenie z jestestwem tamponów, mierzenie przed lustrem siatkowych staników i planowanie ślizgających się po nich spojrzeń, chęć bycia pożądaną. Bywa, że pewność siebie miksuje się z brakiem ciepłych uczuć wobec własnego ciała. Na przykład mogą peszyć własne stopy, przy czym pojawiają się słowa Tatusia Muminka: „Ale te łapki, niestety, trochę mnie rozczarowały. Była w nich odrobina bezradności, dziecinności, którą się, przyznam, speszyłem” (w przekładzie Teresy Chłapowskiej).
Ciało więc potrzebuje czasem apteczki i zbroi w formie ubrań, w tym przypadku – Wielkiej Kupy Szmat jako środka zaradczego na ciało. Może tu pojawić się świeże skojarzenie z wydaną w tym roku powieścią „Dina, Dina” autorstwa Agata Romaniuk, w której mechanizmem obronnym jednej z bohaterek jest codzienne rysowanie kreski na oku, zakładanie zgromadzonych bluzek i sukienek. W podobnym tonie utrzymana jest na przykład książka reporterska Karolina Sulej pod znamiennym tytułem „Rzeczy osobiste. Opowieść o ubraniach w obozach koncentracyjnych i zagłady” z 2020 roku. I dobrze.
Wokół tej Wielkiej Kupy Szmat, na którą składają się na przykład rzeczy z lumpeksów, siedzą kobiety, zanurzają w niej swoje dłonie, po czym „przebierają, przymierzają, wyciągają, dopasowują; podają sobie i wyrywają, i rozmawiają, rozstrzygają, debatują”. Mają one swoje historie. Jak Krystyna, która „nigdy nie miała za grosz cierpliwości dla facetów brandzlujących się swoją władzą”, a w szpitalu „miała piękne, gęste włosy i głośny, dziarski głos, nawet kiedy nierówno biło jej serce”. Jest Lalka płacząca nocami za światem dalekim i porzuconym, Malinka posiadająca „moc wskrzeszania spłowiałych dżinsowych koszul”, Arleta mająca „wyjebane na swoją tuszę”, wreszcie mama Autorki realizująca się w malarstwie nawet wbrew własnemu mężowi, którego, według je córki, niosła na swoim grzbiecie. W „Szmatach” są i mężczyźni, ze swoimi traumami (Józef) i interesującymi żywotami (Misza), ale to kobiety zdają się być na pierwszym planie.
Lewestam ma świadomość nadejścia momentu, kiedy będzie musiała, przynajmniej częściowo, oddalić się od tych kobiet, wypłynąć z Kupy Ubrań „jak nurek na reszcie tlenu”. Stworzyć własną kupę szmat, na którą złożą się choćby pieluchy do zawijania i koce do leżenia na brzuszku… A kiedy już pojawi się na świecie jej potomkini, w pisaniu Autorki pojawi się interesujący wątek Demeter, Persefony i narcyzów, których zrywania najwyraźniej nie da się uniknąć. W tym kontekście Lewestam najpierw zastanawia się, czy można wystąpić przeciw pewnym zdarzeniom; i do razu odpowiada sobie, że w żadnym wypadku, lecz w tym nieidealnym świecie „będziemy tam, gdy los się wypełni, żeby pozbierać rozbite skorupy, zapłakać i pocieszyć”. I w byciu tym „między kromką wspierania starych rodziców a pajdą zajmowania się dorastającymi dziećmi” wspólnie się czasem pośmiać.
Opierdalanie przez mężów i innych mężczyzn było co prawda przyjmowane przez matki z antycznym fatalizmem jako element egzystencji, ale zarazem aktywnie obrabiane podczas nasiadówek wokół Wielkiej Kupy Ubrań, gdzie matki oburzały się, same klęły na opierdalających, wspierały się wzajemnie w planach oporu, snuły opowieści o możliwych rozwodach, płakały, chichotały, podawały w wątpliwość męskość osób dramatu i planowały cięte riposty.
Rafał Kowalski © 2026
Karolina Lewestam, Szmaty, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026, ss. 168
