Siadam na moment. Wszędzie wokół świeże, zielone pędy roślin, których nigdy nie widziałem. Plączą się ze zmiażdżonymi kabelkami od słuchawek albo choinkowych światełek. Naczynia krwionośne wzgórza. Różowawa, obnażona glina z włoskami pędów wygląda jak skóra. Wzgórze jest garbem z wyrzuconych rzeczy. Głęboko w środku pracuje mięsień, rozkłada to, czego pozbyło się miasto. Powoli przeciąga wszystko przez swoje wnętrzności. Miesza. Czasami umiesza coś dziwnego.

W serii Stehlík wydawanej przez Wydawnictwo Dowody buzują różne emocje: na przykład Petr Stančik w „Bezrożcu” i Jiří Kamen w „Świecach w pogańskim raju” umieją absurdalnie rozśmieszyć, a „Wyrwy” Kláry Vlasákovéj i „Śmierteńka” Lucie Faulerovéj są bardziej refleksyjne. Do dwóch ostatnich bliżej jest tej książce (przełożonej przez Anna Radwan-Żbikowska), w której para młodych ludzi znajduje tajemniczą istotę w miejscu zwanym Stepem, od którego odsuwa się miasto, kojarzącym się toksycznie. A istota tej dwójce pomaga poznać to, co jest w nich.

W „Stepie „walają się” przedmioty „wyrwane z obiegu elektrycznego domu, z cyklu działania, z cywilizacji”. One „długo czekają, żeby rozpłynąć się w toksyczną szlakę. Albo zrosnąć z mięsem Stepu w coś zupełnie nowego”. W takich okolicznościach dwójka młodych ludzi związanych ze sobą znajduje istotę, która nie wygląda „na człowieka ani zwierzę”. Jednak w kontakcie z nią ma się poczucie dotykania czegoś żywego, drobnego i kruchego, mięsa poprzerastanego fragmentami plastiku. Decydują się zająć znaleziskiem niczym małym dzieckiem; kiedy na przykład mężczyzna pyta kobiety, po czym poznaje, że istota śpi, czy nie, ona odpowiada, że jakoś wie, że tak to działa.

Czasem kłócąc się, zbliżając do siebie i potrzebując nawzajem, wychowują istotę z dala od miasta, mimo że mają tam mieszkanie. Jednak dla dobra podopiecznej zostają w Stepie, w domku należącym do nieżyjącej babci mężczyzny. Inna sprawa, że miasto zdaje się odwracać od Stepu, traktuje to miejsce zdecydowanie po macoszemu. Tymczasem jest tam ciągle zmieniające się życie; niekiedy w formie nieracjonalnej, ale wytłumaczalnej. Interesująco obrazującej podejście człowieka do przyrody, której przecież jest częścią, nie władcą.

Jonáš Zbořil we „Florze” znajduje miejsce na refleksje o macierzyństwie i pragnieniach, śmierci i życiu („Dla mnie śmierć to coś normalnego. Przywrócenie równowagi. To życie jest zaskakujące. W ogóle nie musiało do niego dojść”), siłę wspomnień – choćby z udziałem dorabiania w dzieciństwie kształtów cieniom na ścianie; jest też miejsce dla charakterystycznych ludzkich zachowań („Przyglądam się ludzkim twarzom, pochylają się nad telefonami jak przy modlitwie”). Pisarz stosuje ciekawe porównania, jak te z hukiem ciężarówek niosącym się pod wiaduktem jak w kościele. Swoje trzy grosze dokłada tłumaczka, na przykład z puszczeniem oka regionalizmem „niepociumany”.

Bardzo istotny w tej książce wydaje się dowód na siłę czułości, na przykład w formie dotyku; oddawanie w ten sposób energii na zasadzie sztafety. Kto wie, czy własnej energii ktoś nie odda nam, kiedy będziemy jej potrzebować, niezależnie od okoliczności.

Gdybym miał dzieci, starałbym się mieć wizję. Nie wychowywać ich z dnia na dzień, tylko stosować zasady oparte na solidnych filarach. Rozmawiać z nim jak z równymi sobie. Wyjaśniać im świat, ale tylko wtedy, kiedy zapytają. Tylko jak czegoś nie rozumieją. Powinny się uczyć same. Być samodzielne. Co chciałbym, żeby umiały moje dzieci? Żeby potrafiły same decydować. Żeby nie bały się być same. Żeby wiedziały, że sobie poradzą.

Rafał Kowalski © 2026

Jonáš Zbořil, Flora, Wydawnictwo Dowody, Warszawa 2026, ss. 184