Moritz Moszkowski
West Side Sinfonietta, Marcin Danilewski, Paweł Maślanka

NFM Recordings, CD Accord, NFM 67, ACD 173-2, 2020, CD 64’ 30

rm red star  rm red star  rm red star

Każdy, kto zna choć trochę muzykę Moritza Moszkowskiego, wie, że po jego utworach można spodziewać się melodyjnej i atrakcyjnej muzyki. Z tego założenia wyszli też Marcin Danilewicz, Paweł Maślanka i muzycy West Side Sinfonietta (orkiestry złożonej z muzyków NFM Filharmonii Wrocławskiej i Orkiestry Symfonicznej Filharmonii w Szczecinie), wydając swoją debiutancką płytę. Poświęcili ją wyłącznie Moszkowskiemu – niemiecko-polsko-żydowskiemu kompozytorowi, związanemu przez wiele lat z Wrocławiem.

Program płyty wypełniają Preludium i fuga op. 85 na orkiestrę smyczkową, melodyjny Koncert skrzypcowy C-dur oraz pełne koloru Tańce hiszpańskie.

Te ostatni utwór to wizytówka Moszkowskiego, jego największy przebój. Tańce przyniosły mu nie tylko popularność ale i pieniądze. Pewnie dlatego istnieje kilkanaście wersji utworu. Na płycie znalazła się aranżacja nieznanego autora na osiem instrumentów: fortepian, smyczki, klarnet i flet. Tańce hiszpańskie w omawianej interpretacji brzmią swojsko i bardziej jak tańce polskie. To nie zarzut, choć zapewne zbliżenie się do brzmienia rodzimych, stylizowanych kapel ludowych nie wszystkim przypadnie do gustu.

Opus magnum wydawnictwa stanowi Koncert skrzypcowy. Co prawda nie ma on tego uroku co słynny Koncert fortepianowy, ale to znaczący utwór, który ma na celu pokazać wirtuozerię skrzypka. Początkowa część, przypominająca nieco Mendelsohna, jest słoneczna i liryczna, z przyjemną melodią główną. Siłą utworu jest niewątpliwie centralne Andante – piękne, medytacyjne i nostalgiczne. Ta część z kolei przywołuje na myśl koncerty skrzypcowe Brucha i Elgara. Kompozycję zamyka żywy i radosny finał. Marcin Danilewicz – solista w tym nagraniu – z łatwością podchodzi do wielu technicznych wyzwań. Jednak nie bardzo przekonuje mnie dość wątły wolumen partii solowej. Być może to wina realizacji nagrania, ale dwa plany dźwiękowe – solista i orkiestra – niebezpiecznie zacierają się. W efekcie w Andante zabrakło mi tak potrzebnej w grze solisty słodyczy, a w finale wyrazistego technicznego blasku. Jeśli dodać do tego dość ciężko grającą orkiestrę, prowadzoną przez Agnieszkę Kreiner, (szczególnie w pierwszej części) to spośród znanych mi interpretacji częściej sięgał będę po nagrania Tasmin Little z BBC Scottish Symphony Orchestra albo Charlesa Tregera z The Louisville Orchestra.

(Tekst recenzji pierwotnie ukazał się na łamach Gazety Wyborczej Płock, 24 września 2020 r.)