Mariusz Urbanek
Zły Tyrmand

Wydawnictwo Iskry, 2019

Zły

rm red star  rm red star  rm red star  rm red star  rm red star  polecam red

Co byśmy o Tyrmandzie nie myśleli, siła opowieści Urbanka jest tak ogromna, że czytelnik ma poczucie bycia w centrum wydarzeń. Bierze się ona stąd, że biograf szuka prawdy o swoim bohaterze, a nie ją obwieszcza

Z okazji Roku Tyrmanda warto nie tylko wrócić do jego najsłynniejszych książek, ale i odkryć prawdziwe oblicze pisarza. Wydatnie w tym może pomóc biografia „Zły Tyrmand” pióra Mariusza Urbanka.

Od chwili pierwszego wydania tej książki minęło 28 lat. Przez trzy dekady zmieniła się nie tylko Polska, ale i obraz Leopolda Tyrmanda – playboya, pisarza, znawcy jazzu i kontestatora komunizmu. Tyrmand już za życia był legendą, a po śmierci stał się mitem. Jeśli jakikolwiek prezent można by zrobić pamięci zbiorowej Tyrmanda to wyzwolić go z oków apokryficznych opowieści, które go obrosły i narysować prawdziwe jego oblicze.

Mariusz Urbanek to autor solidny, zręczny i błyskotliwy. Potwierdził to wielokrotnie znakomitymi biografiami Broniewskiego, Brzechwy, Tuwima i Makuszyńskiego. Jednak napisanie biografii Tyrmanda to coś innego. O autorze „Złego” każdy ma swoje wyobrażenie – zazwyczaj czarne albo białe. Prawdziwy portret wymaga jednak półcieni. Urbanek wybrnął z tego znakomicie. Nie napisał tej książki sam. Złożył ją z kilkudziesięciu opowieści ludzi, którzy wcześniej zostali sportretowani na łamach „Dziennika” i innych książek Leopolda Tyrmanda. Wśród nich znajdziemy Agnieszkę Osiecką, Irenę Szymańską, Stefana Kisielewskiego, Zygmunta Kałużyńskiego, Szymona Kobylińskiego, Eryka Lipińskiego, Jana Józefa Szczepańskiego i wielu innych.

Solidność Urbanka jest godna podziwu również z innego powodu. Kolejne wydania książki poszerzał o nowe wątki i wzbogacał o relacje osób, których zabrakło w poprzednich edycjach. 28 lat temu zabrakło głosu byłej żony Tyrmanda, Barbary Hoff. Zgodziła się porozmawiać z autorem dopiero 15 lat później.

Wszyscy rozmówcy Urbanka znali Tyrmanda lepiej albo gorzej. Spotykali go w Polsce albo w Ameryce. Byli jego przyjaciółmi albo wrogami. Jedni zgadzali się z nim, inni polemizowali. Mają oni tę przewagę na współczesnymi, którzy wiedzą, co mówiłby Tyrmand, kogo by popierał, do jakiej należałby partii, że znali go naprawdę.

Z ich opowieści wyłania się Tyrmand wielowymiarowy i niejednoznaczny. Z krwi i kości. Czyli jaki? Inteligent pochodzący ze zasymilowanej żydowskiej rodziny; lewicujący dziennikarz, w pierwszych latach II wojny piszący do „Komsomolskiej Prawdy”; robotnik przymusowy i więzień obozu karnego koło Oslo; jeden z pierwszych dziennikarzy objętych w 1950 roku zakazem publikacji; autor kultowych książek „Zły” i „Dziennik 1954”; kobieciarz, bikiniarz, człowiek, który za wszelką cenę pragnął wyróżniać się z tłumu; wreszcie zasłużony popularyzator jazzu, który stracił zainteresowanie tą muzyką z chwilą, gdy ta zawędrowała na salony. Krótko mówiąc – wieczny nonkonformista, jednakowo wierny swoim przekonaniom, co i zachciankom.

Legenda Tyrmanda nadal ma się dobrze. Niestety nie towarzyszy jej wzmożone zainteresowanie twórczością pisarza. Ani „Zły”, ani „Życie towarzyskie i uczuciowe”, ani żadna inna książka nie porywa już tłumów, jak to było przed laty . Nie mówiąc o jego publicystyce, które nie odbija się już żadnym echem.

Ta osobliwość podkreśla rolę jaką odgrywa postać Tyrmanda w świadomości Polaków. Paradoks, który da się jedynie wytłumaczyć kultem. Zdanie sprzed lat Stefana Kisielewskiego chyba najlepiej oddaje temu wyraz: [renesans Tyrmanda] „nie jest renesansem jakiejś wspólnej myśli programowej, lecz zjawiskiem przede wszystkim obyczajowym, niemal zdarzeniem towarzyskim, którego doczekał się – zasłużenie zresztą – ów zabawny chłopak”. Kisiel ma rację, to nie wymiar literacki ani nie oryginalność myśli politycznej, lecz właśnie wymiar obyczajowo-towarzyski napędza legendę Tyrmanda.

Co byśmy o Tyrmandzie nie myśleli, siła opowieści Urbanka jest tak ogromna, że czytelnik ma poczucie bycia w centrum wydarzeń. Bierze się ona stąd, że biograf szuka prawdy o swoim bohaterze, a nie ją obwieszcza.

(Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Gazety Wyborczej Płock, 9 maja 2020 r.)