Słyszy się, że to demokracja liberalna winna jest całego zła, które zabija dzisiejszą Europę Zachodnią. Nie jestem aż takim znawcą historii i polityki, aby przypisywać sobie autorstwo tej myśli. Nie trzeba być jednak ekspertem, aby dostrzec, że od dwóch dekad, jeśli nie dłużej, toczy się na naszych oczach wielka batalia o kształt cywilizacji.

Przyczyn upatruje się też w sekularyzacji i ateizacji zachodnich społeczeństw, w skrajnym relatywizmie i zwątpieniu w samo pojęcie prawdy, a poza tym w przyspieszeniu technologicznym. Wszystko to uczyniło z ludzi Zachodu neobarbarzyńców, wyposażonych w najnowsze zdobycze nauki i techniki.

Trudno nie zgodzić się z wieloma argumentami analityków (np. Iwana Krastewa) czy krytyków demokracji liberalnej. Tyle że ta ważna i sensowna dyskusja toczy się w cieniu rozhisteryzowanych szarlatanów, którzy w imię miłości i braterstwa uznali tolerancję wobec mniejszości i swobód za najważniejsze przyczyny upadku cywilizacji.

Krótko mówiąc, jeśli nie oburza cię odmienność seksualna, jesteś zepsutym liberałem. Jeśli uważasz, że uchodźcom wstęp wzbroniony (choć sam dajesz sobie prawo do wyjazdu za granicę w celach zarobkowych), jesteś obrońcą prawdziwych wartości. Jeśli uważasz, że młodzież nie ma prawa do edukacji seksualnej w szkołach, przyczyniasz się do upadku cywilizacji.

Jakiś czas temu na horyzoncie pojawił się nowy wróg: ideologia ekologizmu. To nowa zaraza, która chce opanować serca i umysły. Po Żydach i masonach, gender i LGBT to właśnie ekologia staje się przepisem na samobójstwo ludzkości. Aby łatwiej spersonifikować zło, świętą niepokalaną tej „ideologii” obwołano Gretę Thunberg.

Okazuje się, że prostą konsekwencją obrony środowiska jest zniknięcie z planety Ziemi człowieka jako jej niszczyciela. Ekologiczny obłęd jest propozycją zbiorowego samobójstwa, ponieważ kobiety poddawane tej indoktrynacji nie chcą mieć dzieci, aby chronić Ziemię przed kolejnymi ludźmi.

Jeśli myślisz, że sam wymyśliłem te dyrdymały, zerknij do sieci, tam aż roi się od podobnych.

Czy trzeba usmażyć się w pięćdziesięciostopniowych upałach albo umrzeć z braku wody, aby dostrzec, że ekologii nie wolno wysyłać na wojnę kulturową? Czy musi spłonąć cała Australia, aby przejrzeć na oczy? Na zdrowy rozsądek bez katastrofy chyba nie ma co liczyć.

Pierwotnie tekst ukazał się 6 lutego 2020 w Gazecie Wyborczej Płock.

Robert Majewski

Zdjęcie: Wysychające Jezioro Żywieckie (Fot. Lucek Cykarski / Agencja Gazeta)