Jedni wrzucają wszystkich wyklętych i narodowców (w tym spod znaku ONR-u – Falangi) do wspólnego worka i zawieszają nad nimi aureolę świętości. Drudzy odsądzają ich wszystkich od czci i wiary.

Postać poety Tadeusza Gajcego, jednego z najwybitniejszych przedstawicieli pokolenia Kolumbów, dowodzi, że każda mitologizacja tego problemu oddala nas od prawdy. Warto więc czytać i samego Gajcego, i o Gajcym – szczególnie teraz, gdy w mediach toczy się zażarta batalia o pamięć wyklętych.

Bohater

Tadeusz Gajcy swoje związki z endecją wyniósł z gimnazjum Ojców Marianów na warszawskich Bielanach. Jego kolegą ze szkolnej ławy był Wojciech Jaruzelski.

Uczniowie tej szkoły wychowywani byli w duchu narodowo-patriotycznym. Nosili wpięte w klapy mieczyki Chrobrego. To tu zaczęły się związki Gajcego z Obozem Narodowo-Radykalnym – później Konfederacją Narodu. Szkoła patronowała ONR-owi.

Potem Gajcy został studentem podziemnej polonistyki, gdzie spotkał Andrzeja Trzebińskiego, Wacława Bojarskiego, Tadeusza Borowskiego i Władysława Bartoszewskiego. Dwaj pierwsi wciągnęli go do redakcji miesięcznika „Sztuka i Naród”, będącego literackim i ideowym ramieniem narodowców spod znaku Konfederacji Narodu.

W krótkim czasie, po tym jak Niemcy zabili kolejno trzech pierwszych redaktorów, Gajcy został naczelnym „SiN”.

Młodziutki publicysta konspirator – podkreślał dziejową rolę Polski, głosił potrzebę pisania poezji narodowej zagrzewającej do boju, eksponował konieczność poświęcania dla ojczyzny wartości najwyższych. Jego publicystyka brzmiała też ideami nacjonalistycznymi „wielkiej Polski”, której pokornie podporządkują się inne narody Słowiańszczyzny i niemieckie kolonie w Afryce.

Niezbyt jasną stroną jego publicystyki był stosunek do „kwestii żydowskiej”. Może nie tak wyraźnie jak jego koledzy po piórze, ale opowiadał się po stronie zwolenników alienacji społecznej Żydów. Okno jego domu wychodziło na żydowskie getto. Jednak nie widział z niego zagłady getta (albo nie chciał widzieć).

Taki Gajcy złożył siebie na ołtarzu ojczyzny. Żył z piętnem śmierci i zginął jak bohater pod gruzami, w walce podczas powstania warszawskiego.

Poeta

Gajcy miał też inną twarz. O ile o pierwszej świadczy jego publicystyka, o tyle tę drugą pokazuje poezja.

Nie zostawił po sobie wiele. W zasadzie tylko dwa tomiki poezji („Widma” i „Grom powszedni”). Los nie dał mu szansy na rozwinięcie talentu. Jednak to, co pozostawił, jest najwyższej próby.

Z jego twórczości wyłania się poeta wrażliwy na okrucieństwo, brzydzący się mordu, obawiający się druzgocącej siły zła. Gajcy poeta to człowiek nadwrażliwy, który rozumiał, że choć istotą człowieczeństwa jest zdolność do zachowań heroicznych, to nie sposób życia przeżyć „na baczność”, w stanie permanentnego alertu. Jego zdaniem poezja, która lansowałaby taki obraz, jest nieszczera.

Gajcy ciężko przeżywał rozpanoszenie się w podziemnej literaturze wojskowo-patriotycznych ideałów. Jako publicysta próbował uznać je za swoje, jako poeta odrzucał. Spośród kilkudziesięciu jego wierszy tylko kilka odpowiada narodowym ideałom.

Na rozdarcie Gajcego publicysty i poety najbardziej wpłynęły dwa traumatyczne wydarzenia. Pierwsze to złożenie wieńca przez niego, Bojarskiego i Stroińskiego pod pomnikiem Kopernika w Warszawie. Akcja miała być patriotyczną manifestacją, a stała się aktem ignorancji i brawury. Spanikowany Gajcy wystrzelił do granatowej policji.

W wyniku wystrzału Bojarskiego śmiertelnie raniono, a Stroińskiego uwięziono na Pawiaku.

Drugim wydarzeniem była masakra mieszkańców Warszawy i powstańców na Starym Mieście, gdy eksplodował niemiecki transporter pułapka. „Na ścianach były przylepione mózgi, kawały mięsa. (…) Łopatami zgarniano mięso do kubłów i tam wrzucano” – pisał świadek dramatu.

Te dwa wydarzenia zaowocowały wierszem (jak się okazało, ostatnim w życiu poety).

„Wszyscy święci, hej do stołu! / W niebie uczta: polskie flaczki, / Wprost z rynsztoków Kilińskiego! / Salcesonów misa pełna / Świeże chrupkie. Pachną trupkiem: / To z Przedmurza! / Do godów. Święci do godów, / Przegryźcie Chrystusem Narodów!”.

Ten rozpaczliwy i szyderczy wiersz pokazuje, że są takie momenty w życiu, gdy pękają najwyższe ideały, a prawa ludzkie i boskie obracają się w popiół i miazgę.

Poeta przeżył swój wiersz zaledwie o trzy dni.

Poza schematami

W ten sposób, na nowo, odczytuje Gajcego Stanisław Bereś we wspaniałej biografii „Gajcy. W pierścieniu śmierci”. Bereś z jednej strony dystansuje się od Miłosza – który choć uznawał autora „Widm” za najwybitniejszego poetę czasów wojny, widział w nim przede wszystkim chorego na nacjonalizm epigona romantycznego mesjanizmu – z drugiej, nie osądza i nie stara się być adwokatem na siłę.

Jest wnikliwy i dostrzega, że Gajcy wymyka się jednoznacznym ocenom. Namalowany przez biografa portret poety dowodzi, jak trudno wykorzystać kogokolwiek do ilustrowania ideologicznych tez i konstruowania nowych mitologii.

Robert Majewski

Pierwotnie tekst ukazał się na łamach Gazety Wyborczej Płock 9 mar 2017 r.

Stanisław Bereś, Gajcy. W pierścieniu śmierci, wyd. Czarne, Wołowiec 2016, s. 712