Zachód jest nudny. Jeździ się na Wschód. Tylko gdzie on się zaczyna? Jedni mówią, że już po prawej stronie Wisły, drudzy, że za Bugiem. Jeszcze inni twierdzą, że za granicami Polski, bo przecież Polska to Zachód pełną gębą.

Gdzie by się nie zaczynał, ciągnie mnie tam jak cholera. No i się jeździ – do tej pustki po „jądrze ciemności”, do tego bezkresu i bezczasu, do tych ludzi pozostawionych samym sobie.

Tam równie mocno oddaje się cześć Bogu, jak i utopii. Dziwota? W żadnej mierze. I tu, i tu idzie o to samo – o zniesienie materii, o jej unieważnienie, o prymat ducha nad ciałem. Dlatego na Wschodzie z taką łatwością pustkę po komunizmie wypełnił dziki kapitalizm. Oba są swoim lustrzanym odbiciem. Wyklęty lud tamtej ziemi w końcu sięgnął po to, co mu się należy i chce żyć jak mu się podoba. I jeszcze żeby nikt ich nie zmuszał do uległości, ani do wolności. Utopia wiecznie żywa.

To czym ludzie stamtąd różnią od ludzi Zachodu ilustruje opowieść, którą poznałem na Kresach. Opowiedział mi ją pewien staruszek. Kupowałem u niego pomidory.

– Ech, panie – zaczął – młodzi żyjo chyżo, ale stare najchyżniej. Dajmy na to, ja stary. Usiądę przed chałpą, uchylę kapelusza coby się przywitać, a dwa roki odchodzą. Idę  piesowi chlać wynieść, wracam, a przy stole nie ma Hyndryka.

– A gdzie Hyndryk? – pytam.

– A wzion i pomarł – mówio.

– A dawno?

– Na Gody ze trzy roki będzie, jakieśmy go pochowali – mówio.

– Patrzajta, jak ten czas leci.

Innym razem wyszłem siana zwalić i wracam.

– A gdzie Warwara? – pytam.

– A chorzała na influence i pomarła.

– A dawno?

– Na Wniebowzięcie z pięć lat będzie – mówio.

– Patrzajta, jak ten czas leci.

– Ech, panie – kończy staruszek – tak se myśle, że jak z tych pomidorów doma wrócę, to powiedzo, żem zgasł na apopleksje jakowoś.

– A kiedy? – zapytam.

– O, będzie jakiś rok z okładem temu. – odpowiedzo.

Patrzajta, jak ten czas leci…

Robert Majewski