Dziś mija 42. rocznica śmierci Wiesława Dymnego, sztukmistrza, „małego Leonardo da Vinci” – jak mówią o nim jego przyjaciele.

– Wiesiek był moim najwspanialszym nauczycielem, dzięki niemu umiem oddzielać plewy od ziarna, nigdy też nie pozwolił mi być gwiazdą. W tym złym znaczeniu, czyli osobą bujającą w obłokach, zwolnioną od trudów normalnego życia. „A co ty myślisz, że jesteś lepsza niż inne kobiety, że nie będziesz prać, gotować sprzątać?”. I tak już pozostało: sama gotuję, piorę, robię zakupy, szyję, robię na drutach, maluję ściany, dokładnie tak, jak mnie tego nauczył. I tylko jednego nie mogę mu wybaczyć – że odszedł i mnie zostawił  – mówi o swoim mężu Anna Dymna. Kim właściwie był ten cały Dymny?

wieslaw

Dymny był nie do podrobienia. Był najbogatszą osobowością artystyczną legendarnej krakowskiej Piwnicy Pod Baranami, gdzie spełniał się na rozmaitych polach: literackim, plastycznym, aktorskim, fotograficznym, filmowym, rzeźbiarskim, muzycznym. Pisał i sam wygłaszał swoje teksty, był autorem licznych kabaretowych piosenek, ze sztandarowymi „Czarnymi Aniołami” Ewy Demarczyk na czele. Był mistrzem kabaretowego absurdu. To jego autorstwa jest ów słynny skecz Piwnicy pod Baranami „Na przykład Majewski”, będący w istocie parodią skrzeczącej rzeczywistości z czasów (i stylu przemowy) Władysława Gomułki.

– Dymny niczego nie grał. Był śmieszny i tragiczny sam z siebie. Umierałem ze śmiechu, słuchając go, i nagle przytomniałem – przecież on mówi rzeczy wstrząsające – mówi Stanisław Radwan.

Urodził się 25 lutego 1936 r. w Połoneczce koło Nowogródka (obecnie na Białorusi). Studiował malarstwo na ASP w Krakowie. Wydane w 1963 r. „Opowiadania zwykłe” przyniosły mu Nagrodę Fundacji Kościelskich. Był tekściarzem i kierownikiem artystycznym krakowskiej grupy big beatowej Szwagry. Tworzył także do STS-u, Teatru 38 i własnego kabaretu Remiza (działał pół roku w klubie Pod Jaszczurami), przede wszystkim jednak dla Piwnicy pod Baranami.

Swoje wszechstronne talenty Dymny realizował także w kinie. Napisał scenariusze do filmów „Pięć i pół Bladego Józka”, „Słońce wschodzi raz na dzień”, „Chudy i inni”, był współautorem scenografii, kostiumów, dialogów, zagrał w blisko dwudziestu filmach (choć w wielu nie pojawia się w napisach). Współpracował z Henrykiem Klubą, Feridunem Erolem, Andrzejem Wajdą, Kazimierzem Kutzem, Andrzejem Kondratiukiem.

To właśnie w 1971 r. na planie filmu „Pięć i pół Bladego Józka” poznał Annę Dziadyk. Mimo trudnych początków zakochali się w sobie bez pamięci, ich związek był na ustach wszystkich. Pobrali się w 1973 roku.

– Potrafił w niezwykły sposób przetwarzać rzeczywistość wokół siebie, z obserwowania ludzi zawsze tworzył jeśli nie tekst, to choćby dowcip. Brał w rękę kawałek drewna i po chwili stawał się on rzeźbą albo śmiesznym przedmiotem. Z niczego robił broszkę, szył torbę albo buty. Im większy czuł opór materii, tym większą radość sprawiało mu jego pokonanie. Z nim wszystko okazywało się możliwe. Nauczył mnie żyć. Być aktorką i normalną kobietą. Dzięki niemu nie zwariowałam i nie przewróciło mi się w głowie – wspomina Anna Dymna.

Dużą część prac plastycznych, literackich, szkiców i notatek Dymnego pochłonął pod koniec 1977 r. pożar domu. Kilka tygodni później, 12 lutego 1978, w odnawianym z pożogi mieszkaniu znalazła go żona. Nie żył. Mimo przeprowadzonej sekcji zwłok i dwukrotnie wznawianego śledztwa nigdy nie ustalono, co było przyczyną śmierci artysty.

Mimo przedwczesnej śmierci męża, artystka wciąż uważa go za swojego życiowego przewodnika. – Z nim wszystko było możliwe – mówi.