„A może byśmy tak sobie nie nadeptywali na ogon, na odciski, czy na co tam jeszcze da się nadepnąć.” – napisał niedawno O. Leon Knabit, bo osłabia nas wszystkich – i kraj, i ludzi.

nie

Chociaż niby cała ludzkość jest jedną wielką rodziną, to i tak wszyscy ze wszystkimi walczą: Arabowie z Żydami i z Chrześcijanami, PO z Pisem, Polacy z Polakami, wschód z zachodem, pracodawcy z pracownikami, mężczyźni z kobietami, dzieci z rodzicami – jednym słowem jeden wielki konflikt. Jak sobie radzić z najgłębszymi sporami, biorąc pod uwagę ludzką skłonność do walki i talent do wymyślania broni masowego rażenia? Okazać się może, że to jest prostsze niż myślimy. Nie łatwe, ale w gruncie rzeczy proste – a pomysł nie jest nowy. Tym sekretem pokoju jesteśmy po prostu my. MY – społeczność skupiona wokół konfliktu.

Jak to rozwiązują inni? Problemem zajął się profesor Uniwersytetu w Yale, antropolog i negocjator konfliktów w Czeczeni i RPA, Jugosławii i Wenezueli – William Ury. Opisał to w świetnej książce „Dochodząc do Tak”. Okazuje się, że my jako ludzkość mamy spore doświadczenie w rozwiązywaniu konfliktów. Świetny przykład tego dziedzictwa dostarczyć może pewne afrykańskie plemię. Żyją oni teraz tak jak nasi przodkowie żyli jeszcze do niedawna – są myśliwymi i zbieraczami. Mężczyźni używają do polowania śmiercionośnej broni – zatrutych strzał. Gdy nastroje w wiosce psują się, ktoś z mieszkańców idzie w zarośla i ukrywa zatrute strzały. Potem wszyscy siadają w kręgu i rozmawiają. To może trwać kilka dni, ale rozmowa nie skończy się dopóki zwaśnione strony nie pogodzą się. A jeśli ktoś psuje negocjacje, wysyła się na wycieczkę żeby ochłonął.

Jak działa ten system? Kiedy myślimy o konflikcie zazwyczaj opisujemy jego dwie strony. Nie zawsze dostrzegamy, że jest i strona trzecia konfliktu.

Ury pisze, że trzecia strona to my – obywatele, przyjaciele, sprzymierzeńcy, członkowie rodziny, sąsiedzi. Możemy odegrać niesłychanie konstruktywną rolę. Trzecia strona przypomina pozostałym, co jest na szali. – W imię dzieci, w imię rodziny, w imię ojczyzny, w imię przyszłości przestańmy na chwilę walczyć i porozmawiajmy – zdają się przekonywać. Gdy jesteśmy w konflikcie, bardzo łatwo jest stracić perspektywę. Najłatwiej przeprowadzić kontratak. Tylko co dalej? Czekać na ripostę?  Jest takie powiedzenie: „w gniewie wygłosisz najlepszą mowę spośród tych, których będziesz żałować”. O tym przypomina nam trzecia strona. Ten system działa. Gdyby nie działał nie przetrwalibyśmy jako ludzkość. Korzystajmy z niego. Nie dajmy sobą manipulować. Pomyślmy o tym!

Ury stawia jeszcze jedno pytanie i daje odpowiedź. Czym jest dzisiaj terroryzm? Terroryzm jest wtedy, gdy niewinnego, obcego człowieka traktuje się jak wroga i zabija go, aby wywołać strach. Co jest przeciwieństwem terroryzmu? Potraktować niewinnego obcego człowieka jak przyjaciela, obdarzając go szacunkiem i zrozumieniem.

Czy gościnność może być antidotum na terroryzm? Tak! I coś jeszcze – wspólna wędrówka. To zabawne, ale to działa. Stawanie twarzą w twarz budzi zagrożenie, a wędrówka ramię w ramię, nawet dotykając się, nikomu nie przeszkadza. Kto by walczył podczas wspólnej wędrówki?

William Ury i jego koledzy z Harvardu wymyślili bardzo interesujący projekt. Postanowili ożywić „szlak Abrahama”. Oponenci mówili – To szaleństwo. Nie da się. To niebezpieczne. Trzeba przekroczyć tyle granic. Biegnie on przez dziesięć krajów na Bliskim Wschodzie . Jednak grupa około 25 osób z 10 krajów zdecydowała się sprawdzić, czy można wskrzesić „szlak Abrahama”. Wyszli z miejsca jego narodzin w mieście Urfa w południowej Turcji. Potem była Syria, Damaszek, Jordania, Jerozolima, Betlejem i w końcu Hebron – miejsce pochówku Abrahama. Podróżnicy chcieli odkryć czy we wrogim otoczeniu, ktoś całkowicie im obcy podejdzie i okaże życzliwość, zaprosi do swojego domu, napoi, nakarmi? I odkryli, że wszędzie tam gdzie pojawili się spotkała ich niesłychana gościnność.   – W imię ojca Abrahama, pozwól, że przygotuję ci posiłek  – mówili do wędrowców. Po naukowcach z Harvardu na „szlak Abrahama” wstąpiło setki naśladowców. Brytyjski The Guardian poświęcił temu potężny artykuł. Można w nim znaleźć słowa jednego z mieszkańców wioski leżącej na szlaku – Ten spacer łączy nas ze światem. Jest jak światło, które poniesiemy dalej w życie. Dał nam ogromną nadzieję.

Kluczem do pokoju – tego wielkiego i tego małego – jesteśmy my, każdy z nas. Każda zmiana jest możliwa.