Dzieciństwo spędzone na Kaszubach, teatr studencki Bim-Bom, Warszawska Opera Kameralna i szefowanie radiowej „Dwójce” – i to w czasach, gdy groziła jej likwidacja – tak w wielkim skrócie można opisać życie kompozytora muzyki poważnej i niepoważnej Edwarda Pałłasza.

Pałłasz

Kompozycje Pałłasza zacząłem poznawać jeszcze na studiach. Na pierwszy ogień poszły te mniej poważne – piosenki dla dzieci. Wyróżniały się wyjątkową urodą. Potem, już jako nauczyciel muzyki, śpiewałem je z moimi uczniami. Należały do tych nielicznych, które śpiewali z ochotą. Najbardziej czekaliśmy na jesień, bo zawsze w październiku otwieraliśmy podręczniki na „Malowanym latawcu”. To jedna z najpiękniejszych piosenek jakie znam. Wzruszającą wersję nagrała Stanisława Celińska. Bez trudu znajdziecie ją w sieci.

Potem, kiedy zacząłem pracować w Rogozińskiej szkole, dowiedziałem się, że Edward Pałłasz spowinowacony jest poprzez drugą swoją zonę, Marysię, z Hincami – rodziną patrona szkoły. Im dłużej Waldemar Hinc (syn patrona) opowiadał mi o Edwardzie Pałłaszu, tym bardziej kompozytor „Latawca” wydawał mi postacią intrygującą. Pamiętam jak Waldemar Hinc w pewnym momencie powiedział: „Gdyby Edward tak chętnie pisał jak komponuje, opisałby fascynujące historie”. Pałłasz ostatecznie wygrał z niechęcią do pisania i staraniem „Iskier” wydał autobiografię zatytułowaną „Na własną nutę”.

Edward Pałłasz pisze, tak jak żyje – z pasją. Porzuca utarte ścieki narracji. Rezygnuje z pełnej i schematycznej biografii na rzecz kilkunastu opowieści z motywem przewodnim w tle. Najczęściej są to przedmioty z otoczenia autora, będące dla niego inspiracją i punktem wyjścia do snucia świetnie skonstruowanych, pełnokrwistych, a czasami wręcz bardzo intymnych opowieści. Raz jest to mebel, innym razem bibelot, rodowa pamiątka albo prezent. Każdy z osobna jest jak temat fugi. Najpierw pojawia się w pełnym kształcie, by za chwilę posłużyć do snucia kontrapunktycznych i pełnych dygresji opowieści.

Pałłasz opowiada o swoim dzieciństwie na Kaszubach, ojcu-nauczycielu, temperamentnej mamie, legendarnych teatrach studenckich Bim-Bom i STS, które współtworzył. Dużo opowiada też o swoich dwóch ukochanych żonach: Małgosi i Marysi. Pisze z klasą. Unika plotkarskiego tonu i niezdrowej sensacyjności. Co i rusz okrasza opowieści pikantnymi szczegółami w rodzaju miłosnych uniesień na fortepianie z Małgosią, czy wizyty z reżyserem Kazimierzem Kutzem w dzielnicy „czerwonych latarni” w Hanowerze.

na-wlasna-nute

Szczerość wyznań nie dotyczy tylko jaśniejszych stron jego życia. Bez ogródek pisze i o gorszych chwilach, szczególnie tych, które nastąpiły po przedwczesnej śmierci Małgosi. Nagle został wdowcem. Pewnego dnia obudził się w mieszkaniu na podłodze, po jakiejś pijatyce, w ubraniu, i doszedł do wniosku, że to prowadzi donikąd. Musiał się na kimś wesprzeć, by całkiem się nie zatracić. Na szczęście spotkał Marysię. Dotąd kopiowała mu nuty. Zaprosił ja do opery i tak się zaczęło. Są już razem ponad 30 lat.

Przez książkę przewija się plejada znakomitości: reżyserskie sławy, wspaniali aktorzy, poeci, kompozytorzy. Pałłasz opowiada o nich ciepło, z gawędziarskim zacięciem, nie szczędząc anegdotycznych historii.

Sporo miejsca poświęca pełnionym przez siebie funkcjom. Wyraźnie widać, że lubił dyrektorować. Szefowanie różnym instytucjom było dla niego pasją niemal równą komponowaniu. Przez całą komunę był jak wolny ptak. Krawat zaczął zakładać dopiero na początku lat osiemdziesiątych, kiedy został prezesem ZAIKS-u i wiceprezesem Związku Kompozytorów Polskich. Ale dopiero przed sześćdziesiątką doszedł do wniosku, że musi się ustabilizować, bo czasy zrobiły się trudniejsze. Z muzyki dało się żyć, ale uznał, że najwyższa pora zarobić na emeryturę. Przyjął propozycję objęcia radiowej Dwójki. Był tam codziennie, przez cztery lata, od rana do wieczora. Po czterech latach go wyrzucili. Następnego dnia zadzwonił Stefan Sutkowski – dyrektor Warszawskiej Opery Kameralnej – i zaproponował mu posadę swojego zastępcy. W WOK-u przepracował trzynaście lat. Nawet się nie zorientował, kiedy przekroczył wiek emerytalny. Dopiero po czterech latach połapał się, że już należy mu się emerytura. Jak odszedł, pomyślał, że ciągle jest w niezłej kondycji i zaczął pisać autobiografię. Pisał ją trzy lata.

„Na własną nutę” ukazała się w roku 80-tych urodzin Edwarda Pałłasza. Książka łączy żywą narrację z piękną, literacką polszczyzną. To rzadkość dzisiaj pisać tak nienagannie, bez manieryzmów, nie tracąc przy tym dynamiki języka, dowcipu i erudycji.

„Iskry” wydały kolejną znakomitą biografię. Ich seria dowodzi, że w zalewie bardziej okrzyczanych, ale i coraz bardziej tandetnych tytułów, wciąż jest miejsce dla książek biograficznych z najwyższej półki.