Sagrada Familia, wizytówka Barcelony, okazała się samowolką budowlaną. Pod koniec października 2018 roku miasto wystawiło rachunek ponad 30 milionów euro fundacji zarządzającej bazyliką. Kościół zaprojektował Antonio Gaudi, a jego budowa trwa już 136 lat. Prace rozpoczęły się w 1882 roku. Główna konstrukcja powinna zostać ukończona do 2026 roku, na stulecie śmierci Gaudiego. Warto przyjrzeć się życiu tego wybitnego architekta, który tworzył jak geniusz, żył jak święty i zmarł jak żebrak. Okazja po temu znakomita, ponieważ niedawno ukazała się jego biografia „Antoni Gaudi. Czarodziej architektury” pióra Przemysława i Krzysztofa Słowińskich.

Gaudi

Antoni Gaudi zajmuje poczesne miejsc w panteonie architektów geniuszy. Jedni zaliczają go do secesjonistów, inni do prekursorów ekspresjonizmu, a w rzeczywistości – jak piszą autorzy – „jest właściwie osobną pozycją między bardzo bujnym romantyzmem a rozwichrzoną secesją”. Logikę konstrukcji gotyckiej, miesza w swoich projektach ze swoiście ujmowaną formą roślinną. Charakterystyczna dla jego późnych obiektów „ciastowatość”, faliste balkony, gzymsy i dziwacznie poskręcanych wieże, odzwierciedlają jego twierdzenie, że „linia prosta jest ludzka, krzywa natomiast pochodzi od Boga”.

Gaudi – dzisiaj uwielbiany, wcześniej lekceważony – znany jest na całym świecie. Nikt przed nim nikt nie budował tak jak on i nikt po nim na to się nie odważył. Był jak Bach: wykreował własny, osobisty styl, którego żaden inny artysta nie jest w stanie skopiować. Wszystko tworzył na chwałę Boga – Soli Deo Gloria.

Niemal przez całe życie Gaudi związany był z Barceloną. Tam powstały jego najsłynniejsze projekty z Sagradą Familią na czele. Bazylikę poświęcił Świętej Rodzinie – stąd jej nazwa. Architekt zrezygnował z honorarium za budowę świątyni. Mieszkał w pracowni, w której stało tylko łóżko i stół. Żywił się wodą, chlebem i surowymi warzywami.

Ale nie zawsze tak było. Początkowo nie stronił uroków życia. Lubił dobrze zjeść i dobrze się ubrać. Bywał w kawiarniach, organizował pokazy wywoływania duchów i uwielbiał intelektualne dysputy. Pewnego dnia zakochał się w Pepecie Moreu. Poprosił ją o rękę i został odrzucony. Z tej jedynej miłości nie wyleczył się już nigdy. Przestały go interesować innego kobiety. Poświęcił się pracy i Bogu.

Słowińscy piszą o Gaudim z atencją. Umieszczają swojego bohatera, Barcelonę i całą Katalonię w szerszym horyzoncie. Chwilami zbyt szerokim. Wycieczki historyczne w odległe czasy, podawanie szczegółowych przepisów na potrawy, cytowanie obszernych fragmentów książek o Barcelonie (Mendozy, Zafona, Estebana), beletryzowanie scen z życia Gaudiego i wtrącenia nijak nie odnoszące się do architekta, czynią z tej skądinąd ciekawej książki literacki bigos.

Podczas lektury można odnieść wrażenie, że autorzy nie byli pewni jaki kształt nadać tej biografii. Przykładem może być rozdział „Świątynia”. Liczy on sobie 25 stron i tylko kilkanaście zdań (dosłownie!) nawiązuje do Gaudiego i jego pracy przy budowie Sagrady Familii. Reszta to biografia Jacka Johnsona, czarnoskórego pięściarza, który przypadkowo obronił Gaudiego przed napadem rzezimieszków oraz refleksje autorów na temat pierwszej wojny światowej i Rewolucji Październikowej.

Założenia autorów z pewnością były inne. Chcieli opowiedzieć wszystko o Gaudim, jego Barcelonie i ukochanej Katalonii. Przecież nie sposób zrozumieć projektów architekta bez odniesień do wiary, historii regionu i sytuacji społecznej tamtych czasów. Słowińscy przypuszczali – i słusznie – że polskiemu odbiorcy te zagadnienia są raczej obce.

Mimo wszystko książkę dobrze się czyta i z pewnością zainteresuje ona czytelników zakochanych w Barcelonie i architekturze Gaudiego – o ile rozchwianie treści i formy będzie miało dla nich drugorzędne znaczenie.